Jakież było moje zdziwienie, gdy koleżanka wychodząc z pracy powiedziała do mnie: „Trza iść do ścion”. Zaczęłam zgłębiać gdzie i po co idzie, i dowiedziałam się, że Lasowiacy chęć powrotu do domu oznajmiają towarzyszom właśnie gwarowym stwierdzeniem: „Idę do ścion”. W wyrażeniu tym jednak dom to nie cztery ściany budynku, gołe i zimne mury. „Ściony” to miejsce, gdzie mieszka rodzina, matka i ojciec, którzy wychowują swoje dzieci, miejsce, gdzie mieszkali ich rodzice i dziadkowie, tak zwana „Ojczyzna”, siedlisko, z którego pochodzą, gospodarstwo, w którym się wychowali i odziedziczyli po przodkach.
Po tym wydarzeniu zaczęłam się zastanawiać, ile jeszcze takich lasowiackich wyrażeń żyje w gwarze moich sąsiadów. Zwracałam uwagę na to, co słyszę i zapisywałam wszystko, co szczególnie mnie zaciekawiało. Tymi spostrzeżeniami chciałabym się z Wami, drodzy Czytelnicy, podzielić w moich felietonach pod tytułem „Ze ścion”, w których opowiadać będę o życiu mieszkańców lasowiackich wsi. Życiu, które wydaje się, że minęło, a tak naprawdę wciąż żyje w nas Lasowiakach. A dlaczego jeszcze żyje? Bo, jak mówią w mojej wsi, „a dawnij tak było i było dobrze”.
Żeby zrozumieć mentalność Lasowiaków, należy wgłębić się choć troszkę w historię tego ludu i poznać realia, w jakich kształtowała się ta grupa etnograficzna. I jeśli ktoś myśli, że mało jest publikacji o życiu Lasowiaków, bardzo się myli. Półki bibliotek etnografów pełne są naukowych opracowań o mieszkańcach Puszczy Sandomierskiej i wystarczy po nie sięgnąć. Ale jeśli ktoś nie lubi czytać, to może po prostu zamieszkać na wsi. Wtedy na własne uszy usłyszy oraz samemu zobaczy bogactwo tradycji żyjących wśród jej mieszkańców. Oczywiście na początku nie będzie łatwo zrozumieć i zaadoptować się do tempa życia przeciętnego Lasowiaka, ale z czasem, przy pomocy życzliwych ludzi, na pewno się to uda.
Ja miałam szczęście i po rozpoczęciu pracy w Bojanowie spotkałam wielu takich życzliwych ludzi. Najważniejszym z nich był Tadeusz Szczęch, muzyk ludowy, założyciel Kapeli Ludowej „Łęgowianie”, rodowity mieszkaniec Bojanowa, posługujący się gwarą lasowiacką. Spotkałam też Babkę Hankę, czyli Annę Rzeszut z Baranowa Sandomierskiego, wszechstronną lasowiacką artystkę ludową, skarbnicę wiedzy o tradycjach, a także Halinę Ordon, kierowniczkę Zespołu Ludowego „Cyganianki”, śpiewaczkę, autorkę scenariuszi i reżyserkę widowisk obrzędowych, mieszkankę Cyganów. To wspaniali ludzie, dzięki którym zakochałam się bez pamięci w lasowiackiej kulturze ludowej. Z biegiem czasu udało mi się również zdobyć „Słownik gwary lasowiackiej” autorstwa znakomitego badacza Romualda Gondka. Za każdym razem, gdy dziwiło mnie zasłyszane słowo lub wyrażenie, sięgałam do słownika i wszystko stawało się jasne. Gorzej, jeśli chodziło o wyrażenie nacechowane emocjonalnie. W takiej sytuacji dzwoniłam do Babci Hanki, a ona tłumaczyła mi owe niejasności.
Wierzcie mi, drodzy Czytelnicy, żadna z nas nie chciałaby być nazwana „suchą lidą”, a to, co mogło tę „suchą lidę” spotkać za jej złośliwości wobec innych, to - nazywając dziś językiem naukowym - ostry nieżyt żołądka. O gusłach, zabobonach, urokach i czarach marach popełnię jednak osobny tekst, więc inne ciekawostki z tej dziedziny zostawię na później, gdyż brak pośpiechu to również silna cecha Lasowiaków.

Będąc cholerykiem nie mogłam zrozumieć, dlaczego to, o co poprosiłam dziś, jeszcze nie jest zrobione, chciałam żeby było na wczoraj. Nic bardziej mylnego, w puszczańskiej wsi robi się, a owszem, ale „nie wszystko naraz”. Pochopne postępowanie nie sprzyja rozsądkowi, należy wszystko trzy razy przemyśleć, a korzystając z innej ważnej cechy Lasowiaków, to jest oszczędności, robotę też należy szanować i rozsądnie ją sobie rozłożyć, zostawiając część na później.
Wracając do gwarowych nazw ludzi i ich przywar warto się jednak w tej swojej pracy starać. Osobiście nie chciałabym, żeby ktoś pomyślał, że jestem „niezdała” do pisania tekstów publicystycznych, bo zwyczajnie bym się do tego nie nadawała. Chluby też nie przynosi bycie „parznym” jak jeden, niepracujący już urzędnik, niewysoka i gburowata osoba, którą za owe cechy, w tak pieszczotliwy sposób nazywały starsze mieszkanki Bojanowa. Długo nie chciały powiedzieć mi co to oznacza, a „parzny” to po prostu brzydki człowiek, nie tylko na ciele, lecz przede wszystkim na duszy. Niestety takich też kilku spotkałam, na szczęście niewielu.
Chciałabym jednak trzymać się definicji i pamiętać, że felieton to subiektywny, utrzymany w osobistym tonie, czasem ironiczny lub wręcz sarkastyczny, to zawsze lekki w formie, krótki utwór prasowy. Ja trochę się rozpisałam, a ponieważ nie chciałabym, by Redaktor Naczelna była na mnie „nieoka” i oceniała mnie złym okiem, muszę już kończyć. To Wy, drodzy Czytelnicy, ocenicie, czy jestem „zdała” czy „niezdała”, by przybliżać Wam ciekawostki z życia, kultury i tradycji Lasowiaków. I korzystając z kolejnego lasowiackiego przysłowia: „No, het będzie lato”, bo jak wiemy lato nie trwa długo, kończę i zapraszam do kolejnego artykułu z cyklu „Ze ścion” pt. „Lasowiackie jaja i inne zwyczaje”, już w nowej formie, szacie graficznej i w nowym otwarciu Miesięcznika „Sztafeta”.
Anita Stanisława Ryba
Komentarze