- Czy praca w przemyśle filmowym była Pana pierwszym wyborem zawodowym, czy może ta ścieżka pojawiła się nieco później, jako owoc innych doświadczeń lub inspiracji?
- Tak naprawdę wszystko zaczęło się od sportu. Od dziecka grałem w piłkę nożną — pierwsze kroki stawiałem tutaj, w Stalowej Woli, jako trampkarz. Przechodziłem kolejne szczeble piłkarskiej drabinki, doszedłem do pierwszej drużyny więc zdarzyło mi się zagrać na zapleczu Ekstraklasy (śmiech). Niestety, w wieku 22 lat doznałem poważnej kontuzji kolana. Przeszedłem dwie operacje i ostatecznie musiałem zakończyć swoją piłkarską przygodę.
Wkrótce potem wyjechałem do Anglii ponieważ w pewnym sensie zawalił mi się świat który budowałem od dawna. Tam nastąpił przełomowy moment — pojawiło się wiele przemyśleń, planów, a w głowie zaczął kiełkować pomysł, żeby spróbować swoich sił w show-biznesie. Działałem w modelingu, brałem udział w pokazach mody, sesjach zdjęciowych. Jednak z czasem, wraz z rosnącymi ambicjami, pojawiła się potrzeba czegoś bardziej konkretnego, trwalszego. Modeling, zwłaszcza dla mężczyzn, rzadko daje realną szansę na długofalową, poważną karierę. Aktorstwo stało się więc naturalnym kierunkiem.
- Jakie konkretne kroki podjął Pan, by przekuć pomysł o aktorstwie w realny plan i zacząć go realizować?
- Moja przygoda z aktorstwem zaczęła się od warsztatów filmowych, które odbywały się w jednej z agencji w Warszawie. Były to zajęcia prowadzone przez znanych i cenionych twórców — m.in. reżyserów Teresę Kotlarczyk, Krzysztofa Langa, a także aktora Jerzego Bończaka. To były moje pierwsze, jeszcze bardzo delikatne kroki w stronę aktorstwa, skupione głównie na pracy przed kamerą.
Później zdecydowałem się na szkołę aktorską. Ukończyłem trzyletnią szkołę aktorską prowadzoną przez państwa Machulskich, a następnie zdałem egzamin państwowy przed komisją Związku Artystów Scen Polskich.
- Jak wspomina Pan czas swojej edukacji aktorskiej? Czy to był okres, z którego wyniósł Pan wiele – zarówno pod względem warsztatu, jak i osobistego rozwoju?
- Bardzo dużo wyniosłem z czasu swojej edukacji aktorskiej, tym bardziej, że jako sportowiec miałem trochę „białą kartkę” bowiem przez wiele lat byłem całkowicie skupiony na piłce nożnej. To była moja pasja i jedyny kierunek, w którym patrzyłem. Kiedy rozpocząłem szkołę aktorską, nagle otworzył się przede mną zupełnie nowy świat — jakby paleta barw, o której wcześniej nie miałem pojęcia. Zaczęło się od obowiązku a później chęci czytania stosu książek — różnych gatunków, różnych autorów. Myślę, że wielu sportowców mogłoby to potwierdzić: w tym środowisku nie ma zbyt wiele zapału do czytania czy czasu na głębsze zainteresowanie kulturą. W moim przypadku dodatkowo — w szkole średniej wybrałem dość przypadkowo Technikum Mechaniczne w Stalowej Woli, bardziej idąc za kolegami niż za własnymi zainteresowaniami. Szczerze mówiąc, te pięć lat to tak jakby trochę w błoto. Później był AWF, już bliżej moich sportowych pasji.
Dopiero szkoła aktorska pozwoliła mi się prawdziwie rozwinąć — improwizacja, analiza tekstu, praca z emocjami, oglądanie filmów, spektakli, czytanie literatury — to wszystko zaczęło mnie wciągać. Zainteresowałem się teatrem, operą, malarstwem - kulturą w jej szerokim znaczeniu.
- Jak Pan trafił na polskie plany filmowe, serialowe? Jak ta droga wyglądała w Pana przypadku?
- Droga do pracy przy produkcjach filmowych czy serialach wbrew pozorom jest dość klarowna. Na początku wszystko zaczyna się od zapisania do agencji aktorskiej, która współpracuje z różnymi produkcjami — zarówno filmowymi, jak i reklamowymi.
Na początkowym etapie aktorzy biorą udział w castingach, głównie do reklam. W przypadku ról w serialach czy filmach bywa różnie — czasem również organizowane są castingi, innym razem decyzje zapadają w oparciu o wcześniejsze doświadczenia aktora.
Z czasem, gdy aktor zdobędzie już pewne doświadczenie i ma na koncie konkretne role, proces ten staje się nieco prostszy. Agencja może wtedy przesyłać tzw. demo aktorskie — czyli krótki filmowy materiał pokazujący fragmenty dotychczasowych ról. To właśnie na podstawie takiego materiału produkcje często podejmują decyzje o obsadzie.
- Pamięta Pan swoją pierwszą rolę? Co to było? I czy po przetarciu pierwszych szlaków, później jest już z górki, czy ten biznes to zawsze jest pewna niewiadoma?
- Chyba nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że jednym z pierwszych seriali, w których zagrałem, było Na Wspólnej. Tych produkcji na początku było kilka, więc trudno mi teraz wskazać tę jedną konkretną.
Moja droga zawodowa, szczególnie tutaj w Polsce, nigdy nie była w pełni stabilna — raczej składała się z różnych etapów, wzlotów i przestojów. Bywały momenty, kiedy całkowicie rezygnowałem z aktorstwa. Trzykrotnie wyjeżdżałem do Anglii, gdzie podejmowałem zupełnie inne prace, niezwiązane z branżą artystyczną. Każdy taki wyjazd trwał mniej więcej pół roku i był dla mnie formą „zresetowania głowy”.
Nie potrafię już nawet dokładnie policzyć, ile lat mieszkałem w Warszawie, straciłem rachubę,(śmiech) — ale na pewno kilkanaście. I przez ten czas doświadczałem bardzo różnych okresów. Bywały miesiące intensywnej pracy: grałem w serialach, uczestniczyłem w pokazach mody, kręciłem reklamy — bywało, że potrafiłem zrobić siedem reklam w ciągu jednego miesiąca. Ale zdarzały się też zupełnie puste okresy, bez żadnych zleceń, bez żadnych ról. To zawód pełen nieprzewidywalności.
- Z jakimi reżyserami, aktorami Pan pracował? Jakie są Pana odczucia, jak wspomina Pan te współprace czy któraś szczególnie zapadła Panu w pamięć i dlaczego?
- Miałem okazję pracować z aktorami z absolutnej czołówki. Na planie spotkałem się m. in. z Danutą Stenką, Piotrem Adamczykiem, Małgorzatą Kożuchowską i wieloma innymi uznanymi nazwiskami. Jeśli chodzi o reżyserów, współpracowałem m.in. z Krzysztofem Zanussim oraz z Patrykiem Vegą — który, choć wzbudza różne emocje, to muszę przyznać, że nasze wspólne projekty były dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Zagrałem u niego w kilku produkcjach, takich jak Pętla, Służby specjalne czy serial Instynkt, gdzie właśnie miałem okazję pracować z Danutą Stenką.
Z każdego z tych projektów starałem się coś wynieść dla siebie. Przede wszystkim — pewność siebie. Bo choć szkoła aktorska daje podstawy warsztatowe, to jednak koncentruje się głównie na pracy teatralnej — dużo prozy, wiersza, improwizacji, ale stosunkowo niewiele pracy przed kamerą. A to właśnie na planie filmowym zdobywa się prawdziwą praktykę.
Z każdą kolejną rolą, nawet epizodyczną, nabiera się większej swobody, obycia z kamerą, a co za tym idzie — rośnie pewność siebie.
Ogromną rolę w tym procesie odgrywa również wyobraźnia. Aktorstwo to w dużej mierze połączenie wyobraźni, pewności siebie oraz warsztatu aktorskiego i to prowadzi do coraz większej swobody w tworzeniu postaci. To właśnie dzięki temu z czasem staje się to bardziej naturalne i płynne.
Wejdź na profil IG: https://www.instagram.com/piotr_pamula/
- Jak wygląda atmosfera na polskich planach filmowych, serialowych? Jak zachowują się znani i cenieni aktorzy — ci z tzw. pierwszej ligi?
- Atmosfera na planie filmowym bywa bardzo różna — tak jak w każdej innej pracy. Dotyczy to zarówno aktorów, jak i reżyserów.
Mam za sobą doświadczenia sportowe i widzę tu pewną analogię — w piłce nożnej również pracowałem z różnymi trenerami. Niektórzy potrafili stworzyć dobry klimat w drużynie, ale bywali też tacy, z którymi współpraca była wręcz katastrofalna. Podobnie jest w świecie filmu. Zdarza się, że te relacje przypominają pewnego rodzaju walkę — na szczęście najczęściej opartą na wzajemnym szacunku i profesjonalizmie. Choć bywa i tak, że tego szacunku brakuje.
- Ma Pan na swoim koncie udział również w zagranicznych produkcjach. Jak zaczęła się ta przygoda z Bollywood?
- Bollywood tak naprawdę od dawna siedziało mi w głowie. Już w szkole aktorskiej często opowiadałem znajomym, że mam taki plan, że marzy mi się wyjazd do Indii i spróbowanie swoich sił właśnie tam, ale problemem była blokada językowa. W podstawówce uczyłem się rosyjskiego, w szkole średniej niemieckiego, później na studiach znowu niemiecki. Angielskiego zacząłem się uczyć dopiero jako dorosły. I choć radziłem sobie dobrze w codziennej komunikacji, to jednak gdzieś z tyłu głowy miałem wciąż obawę, że w branży filmowej, gdzie trzeba nie tylko mówić, ale i myśleć po angielsku, mogę sobie nie poradzić.
Mimo tych wątpliwości, choć może 20 lat za późno, zdecydowałem się po prostu działać. Kupiłem bilet do Indii. Dopiero potem zacząłem organizować resztę: gdzie mogę przenocować, do kogo się zwrócić, jak szukać pierwszych kontaktów. Trafiłem na ludzi przez couchsurfing — platformę, na której poznaje się osoby z różnych stron świata, czasem turystycznie, czasem bardziej koleżeńsko. I właśnie dzięki temu poznałem indyjskiego aktora, który bardzo mi pomógł — nie tylko z mieszkaniem, ale też z kontaktami do lokalnych agencji i środowiska filmowego.
Pierwszy dzień w Indiach był prawdziwym szaleństwem. Miałem zarezerwowany hotel przez booking.com, ale okazało się, że nie przyjmują w nim obcokrajowców. Wylądowałem na lotnisku o północy, wsiadłem w rikszę, a gdy hotel odmówił przyjęcia mnie, zacząłem szukać innego noclegu. Większość miejsc była przepełniona albo zbyt droga. W końcu wróciłem na lotnisko, zamówiłem kawę, coś do jedzenia i przeczekałem do rana. Już wtedy zderzyłem się z ogromnym kontrastem Indii — z lotniska widać było piękne wieżowce i nowoczesną infrastrukturę, a kilka minut później przejeżdżałem rikszą przez dzielnice, gdzie bieda była porażająca. Sypiące się budynki, krowy chodzące po ulicach — to był zupełnie inny świat.
Dzięki kontaktom, jakie udało mi się nawiązać — m.in. przez grupy na WhatsAppie i Facebooku bardzo szybko wysłałem pierwsze zgłoszenie do castingu. I już po tygodniu pobytu w Indiach dostałem propozycję dużej roli — włoskiego mafioso w filmie Sugar Free Girls znanego reżysera Kawala Sharmy. To była naprawdę spora rola, na tyle, że trafiłem nawet na plakat filmu, a w jednej ze scen powiedziałem kilka zdań w języku hindi. Film trafił na popularną indyjską platformę.
Od tamtej pory zagrałem już w sześciu filmach, jednym serialu i dwóch reklamach. I choć w Polsce droga zawodowa była dużo dłuższa i bardziej kręta, w Indiach wszystko potoczyło się zaskakująco szybko.
- Jak wyglądają tamtejsze plany filmowe, w jakich warunkach się pracuje?
- Muszę przyznać, że na planie filmowym w Indiach panuje ogromny rozgardiasz, do którego naprawdę trudno się przyzwyczaić. W pewnym momencie miałem wrażenie, że trzeba wyłączyć system nerwowy, aby to jakoś ogarnąć. Większość osób mówi tam w hindi, więc po angielsku rzucają mi tylko krótkie hasła, które biorąc pod uwagę ich specyficzny akcent było trudno czasem wyłapać.
Mimo tego wszyscy byli bardzo mili i cierpliwi. Zdjęcia trwają tam zdecydowanie dłużej niż w Polsce — terminy często się przesuwają, a pierwsze wyznaczone daty są raczej umowne. Ostatnio pracowałem przy projekcie, którego zdjęcia odbywały się w małym miasteczku na południu Indii, a wszyscy przelatywaliśmy tam samolotem z Mumbaju. Film ten ma zaplanowaną premierę w 2027 roku, a w głównej roli występuje Priyanka Chopra — jedna z największych gwiazd Bollywood, która ma też na koncie sukcesy w Hollywood. To produkcja w stylu fantasy, przypominająca trochę „Gwiezdne wojny”, z dużą ilością efektownych scen walk.
Co ciekawe, w Bollywood coraz bardziej odchodzą od tradycyjnych musicalowych tańców. W większości projektów, przy których pracuję teraz, taniec praktycznie nie występuje. Jedynie przy roli włoskiego mafioza miałem krótką scenę taneczną.
- Jak wygląda różnica między produkcjami w Polsce i w Bollywood pod względem rozmachu i budżetu?
- Różnice są naprawdę ogromne. Projekt, w którym obecnie pracuję z Priyanką Chopraką, to jak dotąd największy budżet w historii indyjskiego kina. Produkcja jest rozłożona na około dwa lata, a premiera zaplanowana jest na 2027 rok. Zdjęcia będą realizowane także w Kenii, gdzie mam nadzieję również się pojawić. Na planie pracowało kilkaset osób. Rozmach produkcji jest imponujący, a w porównaniu do Polski budżety i skala przedsięwzięcia robią naprawdę kolosalne wrażenie — to wręcz przepaść.
- Miał Pan okazję poznać lokalną kulturę, kuchnię. Jakie są Pana wrażenia? Mówi się, że Indie albo się kocha albo nienawidzi, w której Pan jest grupie?
- Myślę, że bardziej jednak w stronę tej miłości, choć zdaję sobie sprawę z trudnych aspektów, o których wspominałem wcześniej. Indie to kraj ogromnych kontrastów — z jednej strony piękna kultura i duchowość, wspaniałe jedzenie a z drugiej miejsca, gdzie panuje ogromna bieda i brak dbałości o porządek i higienę. Nie chcę źle mówić o Indiach, bo to zupełnie inna rzeczywistość, ale trzeba otwarcie mówić o problemach, takich jak zanieczyszczenie.
Jednak ludzie, którzy tam żyją, nawet w slumsach, mimo trudnych warunków, potrafią być szczęśliwi. Widziałem tam uśmiechnięte twarze, całe rodziny mieszkające na chodnikach, gdzie dzieci bawiły się i grały w krykieta. Mimo biedy i brudu, kobiety noszą kolorowe, piękne stroje, biżuterię i zachwycają wręcz swoją elegancją.
Miałem też okazję mieszkać przez trzy miesiące na Goa — w zupełnie innym, turystycznym miejscu. Wynająłem tam mały apartament nad samym morzem, codziennie trenowałem, biegałem po plaży oraz pływałem w Morzu Arabskim, które akurat tam jest dosyć czyste. Stamtąd wysyłałem zgłoszenia na casting, ponieważ po pandemii Covid wiele procesów odbywa się online, a kontakt międzyludzki został ograniczony. Wysyłałem więc materiały i kilka razy latałem na zdjęcia do różnych odległych regionów Indii.
To, co naprawdę mnie zaskoczyło w Indiach, to ogromna duchowość i religijność ludzi, z którymi miałem styczność. W towarzystwie aktorów wszyscy byli wegetarianami, nie pili alkoholu i codziennie się modlili. Ta duchowość jest niezwykle silna. Myślę, że właśnie dzięki niej ludzie osiągają tam ten wewnętrzny spokój i harmonię.
- Pracuje Pan sporo w Indiach, czy będzie się Pan skupiał głównie na azjatyckim rynku, czy chciałby Pan jednak łączyć to również z pracą w Polsce?
- Tak, nadal planuję łączyć pracę w Indiach z działalnością aktorską w Polsce. Mam jednak w głowie także inne przystanki – myślę o Japonii i Chinach. Już nawiązałem kontakt z jedną agencją w Japonii, więc wierzę, że uda się tam coś zrealizować. Japonia od dawna była dla mnie ciekawą egzotyczną destynacją, zupełnie inną od krajów europejskich. Traktuję to także jako formę podróżniczej przygody, bo kocham podróże i przy okazji pobytu w Indiach też zwiedzam inne kraje. Byłem na Sri Lance, w Singapurze, Malezji, Tajlandii, Bangladeszu i Arabii Saudyjskiej, a kolejne w planach.
- A co z Hollywood?
- I taki pomysł tli się w głowie, ale na dalszym etapie, kiedy będę już bardziej pewny swoich umiejętności językowych. Obecnie poruszam się dość swobodnie w krajach azjatyckich, bo sami miejscowi często nie mówią perfekcyjnie po angielsku. Natomiast do ról aktorskich nauka tekstu to jedno — z tym nie mam problemu — jednak w przypadku amerykańskich produkcji zwykle pojawiają się uwagi dotyczące akcentu, szczególnie w kontekście polskich i europejskich aktorów.
Obecnie zaczynam intensywnie pracować nad różnymi akcentami, bo nawet w Indiach często wymagano ode mnie angielskiego z akcentem amerykańskim lub brytyjskim. Planuję też rozwijać akcenty południowe, ponieważ grałem już różne role: Włocha, Francuza a także tureckiego policjanta i film z tą rolą akurat w tej chwili jest wyświetlany na Netflix.
- Na swoim koncie ma Pan nie tylko udział w filmach i serialach, ale także w reklamach, a nawet teledyskach? Jak Pan traktuje te aktywności zawodowe, jako jedną z gałęzi swojego zawodu, czy raczej tak bardziej po macoszemu?
- Myślę, że musimy w pewien sposób wykorzystywać różne możliwości, bo jeśli nie jest się na samym szczycie, nie jest się gwiazdą, to bez takich zleceń jak reklamy czy teledyski byłoby trudno. Na przykład ja w Polsce od samego początku bardzo starałem się unikać paradokumentów, ale reklamy traktowałem zawsze przede wszystkim jako środek finansowy.
To bardzo fajna praca, znacznie lżejsza niż na planach filmowych. W reklamach jest dużo więcej zabawy. Często pracuje się w bardzo komfortowych warunkach, bo pozwala na to budżet. Praca w reklamach jest też mniej wymagająca pod względem dialogów — większość z nich opiera się na mimice i emocjach, często powtarza się wiele dubli z niewielkimi gestami. Czasami cały dzień spędza się na nagrywaniu kilku ujęć. W ciągu tych lat spędzonych w Warszawie zrobiłem chyba około trzydziestu reklam.
- Wspominał Pan, że nie chce grywać w paradokumentach, dlaczego?
- Nie chcę „robić w swoje gniazdo”(śmiech), bo to wciąż jest część przemysłu filmowego, jakiś jego odłam — ale dla mnie osobiście paradokumenty są po prostu sztuczne. Traktuję je raczej jako produkt stworzony przez branżę filmową wyłącznie w celach komercyjnych, jako swego rodzaju maszynkę do zarabiania pieniędzy. Te produkcje często „mielą” te same tematy, a obsadzać w nich można praktycznie każdego. Mam poczucie, że to nie jest przestrzeń dla ludzi, którzy poświęcili wiele lat na edukację aktorską. Takie jest moje osobiste zdanie, choć absolutnie nie neguję istnienia tego typu formatów. Widocznie jest na nie zapotrzebowanie — tak samo jak w muzyce jedni słuchają jazzu, a inni disco polo. Choć wiele osób uznaje disco polo za muzykę dla mas, to jednak miliony ludzi ją kochają. Trzeba to po prostu zaakceptować.
- Czy ma Pan jakąś wymarzoną rolę?
- Uwielbiam klimaty związane z wikingami i piratami — to są tematy, w których naprawdę bardzo chciałbym kiedyś zagrać.
- Lubi Pan wracać w rodzinne strony?
- Tak, oczywiście. Moi rodzice mieszkają pod Stalową Wolą, w miejscowości Rzeczyca Okrągła. To miejsce bliskie naturze, gdzie mogę naprawdę odpocząć — wsiadam na rower, jeżdżę po lasach, wybieram się na ryby albo nad jezioro, spaceruję i spotykam się ze znajomymi. Tam człowiek może oczyścić głowę i złapać oddech.
Bo choć Indie są piękne, pełne barw to potrafią też zmęczyć — tłumy, korki, ciągły hałas, dźwięki klaksonów czy intensywna mieszanka zapachów.
- Jakie są Pana najbliższe plany zawodowe?
- Aktualnie jestem zaangażowany w kilka projektów filmowych, z czego dwa są w drodze. Jednym z nich jest produkcja, do której wygrałem casting do roli u boku największej gwiazdy Bollywood– Shah Rukh Khana. Zdjęcia mają ruszyć niedługo, prawdopodobnie we wrześniu, ponieważ w sierpniu ekipa ma dopinać harmonogram. Planowany jest przylot do Polski, więc istnieje szansa, że część zdjęć odbędzie się w Warszawie.
Nie chcę jeszcze niczego przesądzać, zapeszać, bo już dwukrotnie przekładano mi terminy zdjęć, więc trudno być w stu procentach pewnym, że wszystko pójdzie zgodnie z planem.
- A już na zakończenia proszę powiedzieć czy śledzi Pan poczynania „Stalówki”? Pozostał w Panu jakiś sentyment do tej drużyny?
- Zdarza mi się śledzić poczynania Stali, szczególnie kiedy jestem w okolicach — wtedy chętnie zaglądam na stadion. Choć muszę przyznać, że dziś drużyna jest już zupełnie inna. Minęło sporo czasu i wszystko się zmieniło.
Stadion też przeszedł ogromną metamorfozę — kiedyś, wracając do Stalowej Woli, wchodziłem do dobrze znanego budynku, wszystko było tak, jak to pamiętałem: te same szatnie, te same miejsca. Teraz wszystko jest przebudowane. Czasem spotykam się jeszcze w mieście z chłopakami, z którymi grałem kiedyś, ale sam stadion — już trudno go poznać.
Rozmawiała Aleksandra Soból
Zobacz profil na IG: https://www.instagram.com/piotr_pamula/
Komentarze