Dzieciństwo i początki
Milena, mówi się, że śpiew miałaś w sobie od zawsze – czy pamiętasz swoje pierwsze „występy” jako dziecko? Może w domu, w kościele, czy gdzieś w mieście? Co z tamtych czasów pamiętasz, co dziś wydaje Ci się zabawne albo zaskakujące?
- Tak, oczywiście – doskonale pamiętam swoje pierwsze występy. Śpiew towarzyszył mi od zawsze – w domu, podczas zabaw, a nawet na targowiskach. Jako mała dziewczynka spontanicznie występowałam na bazarkach, w zamian dostając owoce i warzywa – mój pierwszy „honorowy” zarobek artystyczny.
W domu śpiew był codziennością. Fascynowały mnie instrumenty i chciałam dotknąć każdego, który pojawił się na mojej drodze. Śpiewałam, bo to było dla mnie naturalne jak oddychanie.
Przełomowym momentem była rola „lata” w zerówce. Chodziłam wokół bloku, ucząc się swojej roli z zaangażowaniem. Występ zakończył się sukcesem, a opiekunka powiedziała mojej mamie, że warto rozwijać mój talent.
Od tamtej pory uczęszczałam na zajęcia muzyczne, brałam udział w szkolnych uroczystościach i koncertach. Śpiew towarzyszył mi wszędzie – w kościele, podczas wydarzeń szkolnych i plenerowych uroczystości.
Zaskakuje mnie, jak szybko się uczyłam. Już jako pięciolatka płynnie czytałam i znałam tabliczkę mnożenia. Byłam dzieckiem dojrzałym intelektualnie i mentalnie.
Mam mnóstwo zabawnych wspomnień. Nauka jazdy na rowerze – wsiadłam i pojechałam bez bocznych kółek. Lubiłam wyzwania, chodziłam po drzewach, skakałam po dachach garaży, organizowałam zabawy i czasem ustawiałam wszystkich do pionu. Już wtedy dawały o sobie znać cechy przywódcze.
Z całą pewnością byłam dzieckiem ciekawym świata – odważnym, pełnym energii i pomysłów. Ta otwartość i pasja do odkrywania wciąż mi towarzyszą.
Jak Stalowa Wola ukształtowała Twoją osobowość? Czy to prawda, że masz „stalowy charakter”?
- Stalowa Wola dała mi solidny fundament do rozwoju artystycznego i osobowościowego. To tam spotkałam ludzi, którzy uwierzyli w mój talent, wspierali mnie w chwilach wątpliwości i otwierali kolejne drzwi. Miasto, mimo przemysłowego charakteru, od zawsze miało żywą duszę artystyczną – ruchy amatorskie, zespoły muzyczne, Miejski Dom Kultury pozwalały sztuce i tradycji rozkwitać.
Wyjątkowi nauczyciele uczyli mnie nie tylko sztuki, ale też wartości, wytrwałości i wrażliwości. Czy mam stalowy charakter? W pewnym sensie tak – Stalowa Wola to mentalność ludzi pracowitych, ambitnych, zdyscyplinowanych, ale też wrażliwych, którzy nigdy nie przestają marzyć i działać. To miasto ukształtowało moją siłę, tożsamość i pasję, za co jestem głęboko wdzięczna.
Kto był Twoim pierwszym muzycznym mentorem, który nie pozwolił Ci odpuścić, gdy chciałaś rzucić śpiewanie w kąt? Czy to była pani Ewa Woynarowska ze Spółdzielczego Domu Kultury?
- Nigdy nie chciałam porzucić śpiewania – to mój język, moje emocje, mój sposób bycia. W wieku 13 lat pojawiły się trudności – intensywne ćwiczenia i zmiany głosu spowodowały problemy zdrowotne, przez co przez chwilę myślałam o medycynie. Głos się unormował, a powołanie do muzyki znów wygrało.
Ogromne znaczenie miała też jedna lekcja z tatą Mariny Łuczenko-Szczęsnej. Choć spotkaliśmy się tylko raz, jego słowa „Z niej będą ludzie” dały mi siłę i wiarę w siebie w trudnym momencie.
Wiele dla mojego rozwoju znaczyli pierwsi nauczyciele, jak pani Jolanta Pyć, pan Jerzy Majewski czy pan Henryk Rzucidło. Szczególne znaczenie miała jednak pani Ewa Woynarowska ze Spółdzielczego Domu Kultury – kierowała moją energią i talentem z troską i uważnością, pozwalając rozwijać kreatywność bez ograniczeń.
Czy jako dziecko marzyłaś o karierze sopranistki, czy może miałaś inne, bardziej „szalone" plany? Pamiętasz swoje pierwsze zetknięcie z prawdziwą operą? Może w telewizji, może na jakimś koncercie? Kiedy pomyślałaś „to jest to”?
- Nigdy nie marzyłam o karierze sopranistki – jako dziecko chciałam po prostu śpiewać, wydawać płyty i występować na scenie. Moje pierwsze zetknięcie z operą w podstawówce nie zrobiło wrażenia – uznałam ją za odległą i trudną.
Przełom nastąpił w gimnazjum, gdy zaśpiewałam „Time to Say Goodbye” inspirowana Sarah Brightman – to wtedy odkryłam, że klasyczna technika pasuje do mojego głosu. Pani Ewa Woynarowska pięknie rozwijała tę stronę mojego śpiewu, a studia w Lublinie i Warszawie ugruntowały ją jeszcze bardziej.
Dziś wracam do korzeni – chcę po prostu śpiewać, łącząc różne style i emocje, a pierwsza płyta jest już blisko.
Lata szkolne
Jak wspominasz swoje szkolne lata w Stalowej Woli? Byłaś grzeczną uczennicą, czy raczej tą, która potrafiła namieszać?
- Byłam grzeczną i obowiązkową uczennicą, choć potrafiłam się obronić, gdy ktoś próbował mi dokuczać. W gimnazjum, w okresie dojrzewania, bywałam bardziej wrażliwa, ale nadal starałam się być zaangażowana. Choć chodziłam do szkoły w Lipie i Nisku, to Stalowa Wola była miejscem mojego muzycznego rozwoju – tam budowałam artystyczne fundamenty. Od zawsze byłam pracowita i skupiona na muzyce, która od najmłodszych lat była dla mnie czymś więcej niż hobby.

Czy pamiętasz swój pierwszy publiczny występ w Stalowej Woli? Jakie emocje Ci towarzyszyły? Czy rodzice siedzieli w pierwszym rzędzie i robili zdjęcia?
- Mój debiut sceniczny w Stalowej Woli to koncert z repertuarem lat 20. i 30., zorganizowany przez panią Ewę Woynarowską przy Spółdzielczym Domu Kultury. To był naprawdę wyjątkowy moment – trochę jak podróż w czasie, i mój pierwszy prawdziwy krok na scenie w Stalowej Woli. Pamiętam ogromny stres i chęć pokazania się z jak najlepszej strony, zarówno przed publicznością, jak i przed panią Ewą. Moja droga do niej zaczęła się od zachwytu nad jej uczennicą na konkursie „Wygraj Sukces” – od tego momentu chciałam pracować właśnie z nią, co uczyniło ten pierwszy występ pełnym emocji i ekscytacji.
Moment wyjazdu na studia do Lublina, a potem do Warszawy - jak to wyglądało? Czy rodzice od razu Cię wspierali, czy może musieli się przekonać, że to „prawdziwy zawód”?
- Zawsze marzyłam o studiach muzycznych, choć na początku interesował mnie głównie śpiew estradowy i jazzowy. Pierwsze kroki stawiałam w Lublinie, gdzie musiałam nadrobić brak formalnej edukacji muzycznej – intensywne studia obejmowały śpiew, teorię, fortepian, instrumenty, kompozycję, improwizację i przedmioty pedagogiczne.
Choć egzamin przeniesienia na kierunek artystyczny był spontaniczny i wymagający, udało mi się go zdać, co rozpoczęło lata intensywnej nauki. Później dostałam się na Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warszawie, gdzie pod okiem profesor Anny Radziejewskiej przepracowałam błędne nawyki wokalne i rozwinęłam pełne możliwości mojego głosu – w tym górne rejestry, które kiedyś były dla mnie niedostępne. To doświadczenie ukształtowało mnie nie tylko jako artystkę, ale też jako osobę, która rozumie wagę psychiki w śpiewie.
Okres dorosłego życia i kariera
Jesteś nie tylko wybitną sopranistką, ale też menedżerką i założycielką Warsaw Impressione Orchestra. Skąd w Tobie ta ambicja, by nie tylko śpiewać, ale też organizować i decydować?
- Cechy przywódcze miałam od zawsze – lubiłam organizować, przewodzić i tworzyć przestrzeń dla siebie i innych. Po nieudanym podejściu na studia nie mogłam zmarnować roku, więc założyłam firmę i zaczęłam organizować pierwsze koncerty, a wkrótce powstała Warsaw Impressione Orchestra – mój własny zespół i kierunek artystyczny.
Zaczynaliśmy skromnie, ale z czasem rozwijaliśmy repertuar i skalę produkcji, łącząc klasykę z muzyką rozrywkową. Do współpracy zaprosiłam m.in. Natalię Kukulską, Kubę Badacha i Piotra Cugowskiego. Dziś orkiestra ma dziesiątki koncertów rocznie, w tym wielkie widowiska plenerowe, również za granicą – projekt zrodzony z pasji i determinacji pięknie się rozwija.
Mówisz, że dywan czerwony sam się nie rozkłada – jakie były największe „stalowe góry”, które musiałaś przenieść na swojej drodze do sukcesu?
- Moja droga do miejsca, w którym jestem dziś, była wyboista i wymagała pracy od podstaw. Z zewnątrz widać sukcesy, ale nie godziny prób, stresu i trudnych decyzji. Każda porażka była lekcją – zamiast się poddawać, uczyłam się, rozwijałam i szukałam nowych rozwiązań.
Inspirują mnie ludzie, którzy mimo przeszkód osiągają niemożliwe, jak Elon Musk – i tak samo podchodzę do swoich wyzwań. Największą wartością nie jest sam cel, lecz droga, która kształtuje, wzmacnia i pozostawia najgłębszy ślad.
Jak łączysz w sobie dwie dusze muzyczne – rozrywkową i klasyczną? Czy zdarza Ci się, że jedna „dusza” próbuje zagłuszyć drugą?
- To ciekawe pytanie, ale nie – ani jedna dusza, ani druga nigdy nie próbują się zagłuszyć. Mam w sobie dwie muzyczne tożsamości – klasyczną i rozrywkową – i obie są dla mnie równie ważne. Repertuar klasyczny daje mi technikę i precyzję, a muzyka rozrywkowa pozwala wyrażać emocje i pasję. Oba światy współgrają, dzięki czemu czuję się spełniona zarówno na scenie filharmonii, jak i podczas koncertów plenerowych – najważniejsze jest, że mogę śpiewać i dotykać ludzi muzyką.
Koncerty we Włoszech, Francji, współpraca z orkiestrami z całej Europy - czy w tych momentach myślisz o Stalowej Woli? Czy to dodaje Ci pewności siebie, że „mała dziewczynka z prowincji” dotarła tak daleko?
-Nigdy nie uważałam się za „małą dziewczynkę z prowincji” – zawsze byłam dumna z tego, skąd pochodzę. Lipa, Nisko, Stalowa Wola ukształtowały mnie i mój charakter, ucząc determinacji, odwagi i ciężkiej pracy.
Choć ktoś z dużego miasta może mieć łatwiejszy start, sukces zależy od zaangażowania i wytrwałości. Stalową Wolę noszę w sobie – w sile, wrażliwości i konsekwencji – a każdy projekt i każdy sukces to efekt pracy, decyzji i lekcji wyniesionych z drogi, którą przeszłam.
Co dla Ciebie znaczy tytuł Ambasadora Stalowej Woli? Czy czujesz, że wciąż masz misję do spełnienia wobec swojego rodzinnego miasta?
- Tytuł Ambasadora Stalowej Woli to dla mnie zaszczyt i zobowiązanie – misja reprezentowania miejsca, z którego pochodzę, poprzez postawę, pracę i życie. Stalowa Wola dała mi siłę, determinację i „stalową wolę”, ucząc, że warto wkładać serce i wysiłek w każdy cel.
Chcę pokazywać, że z małej miejscowości można dojść daleko, nie tracąc korzeni, i inspirować młodych ludzi, niosąc w świat dobre imię miasta, które ukształtowało mój charakter.
Stalowa Wola w sercu
Koncert z okazji 80-lecia Stalowej Woli - to była Twoja inicjatywa czy zaproszenie miasta? Jak się czujesz, wracając do domu jako gwiazda?
- Koncert z okazji 80-lecia Stalowej Woli był dla mnie wyjątkową misją – propozycję powierzył mi dyrektor Marek Gruchota, a współpracowałam przy tym z Miejskim Domem Kultury i Urzędem Miasta. Chciałam, by wydarzenie było nie tylko artystycznym świętem, ale też wyrazem wdzięczności i jedności z miejscem, które mnie ukształtowało.
Wracając do Stalowej Woli, czuję tremę, ekscytację i odpowiedzialność, a także radość, że ci, którzy mnie wspierali, mogą zobaczyć efekty swojej pracy. To ogromna duma móc tworzyć tu wydarzenia na najwyższym poziomie, zachowując szacunek dla wartości, które wyniosłam z rodzinnego miasta.

Czy widzisz w Stalowej Woli młode talenty, które mogłyby pójść Twoją drogą? Co powiedziałabyś dzieciom, które dziś ćwiczą w tym samym Spółdzielczym Domu Kultury co Ty kiedyś?
- Oczywiście. Stalowa Wola to prawdziwa kolebka talentów – kiedy organizuję tam koncerty, staram się dawać szansę lokalnym wykonawcom, bo wiem, jak ważna jest pierwsza okazja. Dzieciom w Spółdzielczym Domu Kultury powiedziałabym: nie traćcie wiary w siebie, pracujcie cierpliwie, marzcie i nie słuchajcie tych, którzy mówią, że się nie da. Sukces to nie brak upadków, lecz umiejętność wstawania, by być sobą i robić swoje z sercem.
Jakie masz plany na przyszłość? Czy możemy spodziewać się nowych muzycznych projektów, które znowu zaskoczą Twoich fanów? Może akademia muzyczna w Stalowej Woli?
- Mam mnóstwo planów i muzycznych projektów – część pozostaje niespodzianką, ale są ambitne i tworzone z sercem. Priorytetem jest nagranie autorskiej płyty i wydanie książki z moimi doświadczeniami, a równocześnie rozwijam współpracę międzynarodową.
Marzę też o koncercie z Hansem Zimmerem, a w przyszłości chętnie zaangażuję się w rozwój młodych talentów w Stalowej Woli. Planuję dużo i wierzę, że te marzenia mają sens – będzie się działo.
Gdybyś mogła cofnąć się w czasie i spotkać swoją nastoletnia wersję siedzącą w Spółdzielczym Domu Kultury, co byś jej powiedziała?
- Powiedziałabym tej dziewczynie: nie musisz nikomu nic udowadniać. Twoja wartość nie zależy od opinii innych – twórz z miłości do tego, co robisz, i zaufaj, że to znajdzie swoje miejsce.
Fot. Archiwum prywatne Mileny Lange
Komentarze