Jego surrealistyczne obrazy trafiają do kolekcjonerów na całym świecie. Z człowiekiem, który udowadnia, że pasja nie potrzebuje dyplomu, by zachwycać, rozmawia Marzena Kościółek.
Od piłki do pędzla
Dominiku, pamiętam cię z boiska – grałeś w koszykówkę dla Stali przez wiele lat i byłeś w tym naprawdę dobry. Kiedy i jak zamieniłeś piłkę na pędzel? Był jakiś konkretny moment, który to uruchomił?
– Raczej nie. Od dziecka uwielbiałem rysować. Zawsze coś bazgrałem. Nawet moja pani od biologii często to wykorzystywała i rysowałem na tablicy przekroje żab, owadów czy kwiatów. Z czasem to po prostu ewoluowało. Kiedy przestałem grać, miałem więcej czasu, aby poświęcić się swojej pasji. Zamieniłem ołówek i węgiel na farby olejne, i tak zaczęła się moja malarska przygoda, która trwa do dziś.
Magiczny nalot Dalego
W twoich obrazach wyraźnie czuć Dalego. Skąd wzięła się ta fascynacja surrealizmem? Co w tym nurcie pociąga cię najbardziej – wolność formy, oniryczność, a może to specyficzne, dalowskie poczucie humoru?
– Miałem w domu mnóstwo albumów z dziełami wielu wielkich malarzy. Oczywiście oglądałem wszystkie wielokrotnie, ale w dziełach Dalego było coś niesamowitego, magicznego. Pamiętam, jak wieczorami siedziałem i szkicowałem kopie jego obrazów. Byłem bardzo dumny, bo niektóre były naprawdę dobre – zważywszy, że miałem wtedy czternaście, może piętnaście lat. Ten styl bardzo mi odpowiadał ze względu na wolność i nieograniczoną możliwość wykorzystania wyobraźni, a także przeinaczania rzeczywistości wedle uznania. Obecnie staram się ograniczać ten dalowski „nalot” na mojej psychice, ale nie zawsze mi się to udaje.
Gapienie się w płótno
Jak wygląda twój proces twórczy od początku do końca? Czy masz w głowie gotowy obraz, zanim weźmiesz pędzel, czy raczej płótno samo cię prowadzi? I ile czasu zajmuje ci namalowanie jednego dzieła?
– Z tym to bywa różnie. Czasami mam w głowie gotowy pomysł, a koncepcja zmienia się w trakcie malowania i efekt finalny jest całkiem inny od pierwotnego założenia. Innym razem od początku do końca wiem, czego chcę. Bywa też tak, że ukończony już obraz po jakimś czasie przerabiam, bo nie do końca jestem z niego zadowolony. Na czas pracy wpływa wiele czynników: wielkość obrazu, ilość szczegółów, wena lub jej brak – więc ciężko powiedzieć. Chyba że jest to obraz na zamówienie, wtedy muszę się sprężyć.
Skąd czerpiesz inspiracje? Czy miewasz momenty, kiedy coś nagle „wychodzi” samo, niemal bez myślenia? A może to raczej żmudne szukanie?
– Obserwuję świat, oglądam dużo prac innych artystów, nakręcam się. Później działa już tylko wyobraźnia. Wiele obrazów powstało też na podstawie zdjęć, które sam zrobiłem, lub starych fotografii wygrzebanych z domowych zakamarków. Zdarza się chwila natchnienia, ale niekiedy to godziny gapienia się w czyste płótno.
Babcia MTV i Notting Hill
Który z twoich obrazów jest dla ciebie szczególnie ważny i dlaczego właśnie ten?
– Myślę, że „Klaudia na schodach w Notting Hill” i „Karnawał w Notting Hill”. To jedne z pierwszych moich obrazów malowanych olejami, i mam do nich wielki sentyment. No i jeszcze „Babcia MTV”. Ta starsza pani naprawdę stała w drzwiach swojego domu, ubrana w koszulkę z logo MTV. Zabawnie to wyglądało i od razu wiedziałem, że będzie z tego obraz.
Wiecznie sam siebie krytykuję
Prowadzisz studio tatuażu i malujesz obrazy – to dwa zupełnie różne światy. Skóra to inne tworzywo niż płótno, jeden błąd przy tatuażu jest nieodwracalny, w malarstwie możesz zacząć od nowa. Jak to jest łączyć te dwie prace? Przenikają się jakoś nawzajem, czy traktujesz je osobno?
– Na pewno mają dużo wspólnego, ale masz rację – to dwa różne płótna. Przy malowaniu odpoczywam i relaksuję się, natomiast przy tatuowaniu muszę być bardzo skupiony i skoncentrowany, a ja często odpływam myślami. To chyba jednak trochę inne światy, mimo że oba przynoszą mi satysfakcję i oba są sztuką.
Czy był taki moment, że chciałeś to wszystko rzucić? Że pomyślałeś sobie: „Nie, to nie dla mnie”?
– Był. I to nie raz. Nie jestem osobą przebojową i nie do końca wierzę w siebie, a to na pewno nie pomaga. Jest mnóstwo zdolnych ludzi, którymi się zachwycam, a z siebie jestem często niezadowolony. Moja żona może to potwierdzić – wiecznie sam siebie krytykuję.
Odpowiedź była zawsze negatywna
Jesteś samoukiem, którego prace kupują kolekcjonerzy z całego świata, a jednocześnie zdarzają ci się problemy z wystawianiem obrazów w lokalnych instytucjach kultury, bo nie masz dyplomu ASP. Jak to komentujesz – ze złością, z humorem, a może już z całkowitą obojętnością?
– Było tak, że bardzo chciałem zorganizować wystawę swoich prac i pisałem do wielu instytucji w tej sprawie, ale gdy dowiadywali się, że jestem samoukiem bez artystycznego wykształcenia – nie widząc nawet moich obrazów – odpowiedź była zawsze negatywna. Wtedy mnie to trochę bolało, ale to już przeszłość.
A co teraz czujesz, kiedy patrzysz na to z dystansu?
– Sam nie wiem. Zastanawiałem się wtedy, ilu jeszcze osobom, takim jak ja, się nie powiodło, i po prostu zrezygnowały – przestały robić to, co kochają, bo stwierdziły, że to nie ma sensu. Gdyby się wtedy udało, kilka rzeczy w moim życiu mogłoby potoczyć się trochę inaczej, ale ten żal już chyba ze mnie uleciał. Może tak miało być. Obecnie skupiam się na tym, co jest teraz, i na tym, co jeszcze mogę zrobić w przyszłości.
Świński Ryj i inne plany
Stalowa Wola – czy czujesz, że to miasto jest gdzieś w twoich obrazach? Nawet jeśli nie wprost, może w kolorach, w nastroju, w tym, co wybierasz jako temat?
– Chyba nie, ale oczywiście jestem dumny ze swojego pochodzenia. Mam też w planie kilka obrazów przedstawiających Stalową Wolę – miasto, w którym się urodziłem i wychowałem. Takich w moim stylu. Myślę, że na pierwszy rzut pójdzie „Świński Ryj”.
Gdyby ktoś chciał jutro wziąć pędzel po raz pierwszy w życiu – co byś mu powiedział? Od czego zacząć i czego nie robić?
– Na pewno nie bać się eksperymentować. Bawić się kolorami i mieszać je, żeby zobaczyć, co z tego wyjdzie. Nakładać farby na płótno i ćwiczyć pociągnięcia pędzla. Każdy maluje inaczej, więc to bardzo indywidualna sprawa. Warto też zastanowić się, jaki styl mi odpowiada, i dostosować go do swojej osobowości, wyobraźni i charakteru. Czego nie robić? Nie poddawać się. Ja mam już trochę lat, a cały czas mam nadzieję, że wszystko jeszcze przede mną.
Te mniejsze i te większe
Gdzie widzisz siebie za dziesięć lat? Wystawy w europejskich stolicach, prace w znanych galeriach, może coś zupełnie niespodziewanego – o czym marzysz?
– Wystawy w europejskich stolicach, prace w znanych galeriach – fajnie by było i życzyłbym sobie takiej przyszłości, ale wiem, że czeka mnie jeszcze dużo pracy.
Zawsze marzyłem o wystawie w naszym Muzeum Regionalnym – te mury widziały już dzieła tak wspaniałych artystów, że byłoby zaszczytem znaleźć się w tak zacnym gronie. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś przygotować na tyle dobry materiał, aby zrealizować swoje marzenia. Te mniejsze i te większe.
Wywiad ukazał się w marcowym wydaniu miesięcznika SZTAFETA
Komentarze