3.0 / 5
Ulanów 4 września 2026

Objawienia spod Ulanowa

O objawieniach fatimskich z 1917 roku słyszał niemal każdy. Mało kto jednak wie, że kilka lat wcześniej, nieopodal Ulanowa, wydarzyło się coś bardzo podobnego. W Jeziórku, niewielkim przysiółku Wólki Tanewskiej trzy wiejskie dziewczynki miały zobaczyć „śliczną Panią” - z różańcem, koroną na głowie i złotą książeczką w dłoniach. Sprawa wówczas była na tyle głośna, że zainteresowały się nią nie tylko władze kościelne, ale też austriacka żandarmeria wojskowa.

Jeziórko to niepozorne miejsce. Kilka domów na skraju lasu, trochę pól, wokół gęste krzaki ostrężyn. Dzieci z okolicznych wiosek przychodziły tam każdego lata zbierać jagody – na sprzedaż albo po prostu dla siebie. Tak było też wówczas, w niedzielę 29 sierpnia 1909 roku. Tego upalnego dnia dwunastoletnia Aniela Szempruch, czternastoletnia Agnieszka Tejt i trzecia dziewczynka, dziś już nieznana z imienia i nazwiska – wybrały się do lasu. W tamtych stronach mówiło się wtedy, że „idzie się na dziady” – czyli po prostu zbierać jeżyny. Nikt nie przypuszczał, że wrócą z opowieścią, która wtedy silnie wstrząsnęła lokalną społecznością.

Spotkanie ze „śliczną Panią”

Według relacji opublikowanej w „Gazecie Powszechnej” w 1909 roku Aniela jako pierwsza dostrzegła postać zbliżającą się od strony pól. Owa niewiasta, jak twierdziła dziewczynka, nie wyglądała jak zwykła wiejska kobieta. Szła wyprostowana, z dłoniami złożonymi na piersiach. Między palcami trzymała złotą książeczkę. Na ręce miała różaniec, a na głowie koronę. W pierwszych chwili dziewczęta wystraszyły się na widok tej tajemniczej, świetlistej osoby. „Może to Matka Najświętsza” – miała powiedzieć Agnieszka. I wtedy, jak zgodnie przyznały dziewczęta, strach na widok „ślicznej Pani” zniknął. Dziewczynki opowiadały, że postać podeszła do jednej z młodych sosen rosnących samotnie na łące. Spojrzała i powiedziała cicho: „nie podoba mi się.” Potem przeszła do drugiego drzewa.

A tak dalsze wydarzenia relacjonuje Gazeta Powszechna: „Gdy odeszła od pierwszej sosenki skądś wzięło się dwóch aniołków i w minucie zrobiły drabinkę do nieba. W tej chwili w niebie zrobił się otwór, jasność buchnęła przezeń, wyszedł pan średniego wieku z brodą a około niego mnóstwo aniołków z koszyczkami w rękach. „Śliczna Pani” wróciła się i też szła po tej drabince do góry, w drodze spotkali się i zeszli na dół — Pani ta stanęła a aniołkowie w około Niej tańczyli, trzymając się za rączki. Pan z brodą siadł sobie na sosence, a pod stopami napis miał na tabliczce: „jam jest”. Litery były złote. Podczas całego tego zajścia taka była muzyka— taki śliczny śpiew ptaków — najwięcej było słowików jaskółek i to wszystko latało i dzwony dzwoniły tak aż ich przygłuszało. Szempruchówna wszystko to widziała - Tejtowna dzwonienie i śpiew słyszała — a trzecia całkiem nic nie widziała i nie słyszała. Pani więc ta śliczna wróciła się do swojej sosenki a Szempruchówna i Tejtowna uklękły, aby się pomodlić. Trzecia towarzyszka nie tylko się nie modliła ale śmiejąc się spinała się na tą sosenkę. Wówczas Pani owa zaczęła płakać. Szempruchównie żal się Jej zrobiło — zaczęła Ją po stopkach całować i mówiła Tejtownie, aby i ona też całowała, ta jednak nie wiedziała gdzie ma całować, zaczęła płakać z żalu, że ona nic nie widzi. Zamiast stopek - pocałowała ziemię. Wtedy jasność ją okryła i zobaczyła żywą śliczną Panią i widziała już że nie ziemię ale stopy całuje — i już dalsze zjawisko obydwie widzą. Pani ta, gdy płakały obcierała sobie oczy chusteczką, którą pomiędzy złożonemi rękami trzymała a książeczka, choć ręce do obcierania podniosła nie odpadła Jej, łzy zaś które spadły na ziemię tworzyły dołeczki. Szempruchówna zemdlała wtenczas a Tejtowna ją podnosiła ze ziemi kilka razy, nim ją do przytomności przyprowadziła. Widziała to zemdlenie i ta trzecia dziewczynka. Gdy wreszcie oprzytomniały, poszły do domów. Pani ta za niemi szła, szły po okropnych bagnach i błotach, zawalały się, a ta pani bielusieńkie paluszki miała. Gdy przyszły na rozstajną drogę, powiedziały sobie, rozejdźmy się, a zobaczymy, z kim ta śliczna Pani pójdzie. Pani szła za jedną i za drugą, rozdzieliła się na dwie. Matka po Szempruchównę wyszła, aby ją nakrzyczeć, że tak długo gdzieś bawiła, córka chciała Panią pokazać, ale gdy się obejrzała, już jej nie było. Skoro wieść o cudownem objawieniu się rozeszła, poszły matki z dziewczętami i poczęły się modlić, i znowu naraz obie zobaczyły tę samą śliczną Panią. Zapytały się Jej, czy się okaże wszystkim ludziom? Odpowiedziała: „Niech się modlą a wszystkim się okażę“. Dziewczęta pytały: Czy trzeba, aby księża tu przyszli?“ Odpowiedziała: „Niech przyjdą“. Widzenie to trwało kilka godzin, od 4 godziny do 10 a może i dalej. Pani zawsze była w jednej postawie, tylko oczami ruszała, gdyż spoglądała na tych, którzy tam przychodzili i odchodzili”. Następnego dnia dziewczynki wróciły na miejsce objawień. Nie widziały nic aż do godziny trzynastej. Wtedy znów ukazała się postać – tym razem z niebieską wstęgą. Zapytane, co mają robić, usłyszały: „Módlcie się, a potem idźcie do domu.” Posłuchały.

Znaki i cuda

Wieść o niezwykłych wydarzeniach w Jeziórku rozeszła się błyskawicznie. Do przysiółka zaczęli przybywać ludzie – nie tylko z okolicy. Wkrótce głośno mówiono o cudach: dwóch chorych miało zostać uzdrowionych, żandarm z Ulanowa zobaczył twarz Chrystusa na pniu sosny, a gdy próbował dotknąć wizerunku kijem, ręka mu zdrętwiała. Inna kobieta, obłożnie chora wróciła do zdrowia po modlitwie pod sosną. Mężczyzna z bólem nogi przyłożył do niej garść piasku z „cudownego miejsca” – i wstał zdrowy. Inni opowiadali o niebieskiej wstędze, która zawisła nad drzewem. Dziewczyna z pobliskiego Zarzecza śniła dwa tygodnie wcześniej o objawieniu w tym właśnie lesie. Inni – w tym właścicielka majątku w Zarzeczu – twierdzili, że widzieli na drzewie wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej.

Sprawą żywo zainteresowali się duchowni. Dziewczęta zostały przepytane przez kleryków z Ulanowa – Jana Dołowego i Władysława Michałkiewicza – a także przez księdza Jana Jamroza. Zeznania ich zdaniem miały być spójne i zgodne w szczegółach. Potwierdził to też emerytowany proboszcz z Kurzyny, ks. Józef Wacławik, który dodatkowo uznał, że dziewczynki były całkowicie zdrowe i świadome. W śledztwo włączyły się również władze państwowe – żandarmeria austriacka wszczęła dochodzenie. Żołnierze przesłuchali dziewczęta i, jak twierdziła „Gazeta Powszechna”, potwierdzili w pełni ich wersję wydarzeń.

Wtedy jednak do redakcji „Powszechnej” trafiło pismo podpisane przez kleryków Dołowego i Michałkiewicza. Obaj twierdzili, że „Gazeta” przekręciła ich słowa. Wyjaśnili, że nie badali sprawy oficjalnie i nie potwierdzają autentyczności objawienia. Według duchownych relacje dziewczynek były niespójne. Uznali też, że miejsce objawień traktowane jest raczej jako cel popularnych wycieczek, a nie pielgrzymek wiernych. Redakcja skomentowała to oświadczenie dość chłodno: „Tyle mówią klerycy, którzy wcześniej wyrażali inne zdanie.”

Mimo wszystko lokalna ludność wierzyła w cud. A dziewczęta wciąż zapewniały, że widziały niezwykłe zjawisko dwukrotnie – 29 i 30 sierpnia. Kolejne widzenie miało miejsce podczas święta Matki Bożej Bolesnej czyli 15 września. W wydaniu z 1 października 1909 roku „Gazeta Powszechna” donosiła, że Anieli „śliczna Pani” pokazała się po raz trzeci – tym razem milcząca, w niebieskiej sukni, z napisem: „Ludzie — dzieci moje.”

W związku z cała sytuacją pojawiły się też pierwsze konflikty wśród miejscowej ludności. Spór dotyczył w jakim obrządku należałoby odprawiać przyszłe nabożeństwa, jeśli powstanie tam kaplica. Okazało się bowiem, że grunt, na którym doszło do objawienia, niedawno został sprzedany przez katolika włościaninowi wyznania grekokatolickiego. A ten poprosił katolicką gminę Wólka Tanewska o drewno na figurę. Wólka mu odmówiła, więc zwrócił się do sąsiedniej, grekokatolickiej gminy Borki. Drewno dostał i figurę postawiono. Poświęcił ją podczas uroczystej procesji greckokatolicki ksiądz z sąsiedniej Dąbrówki.

Pożar gaszący pamięć

W rocznicę pierwszego objawienia w Jeziórku znów zebrał się tłum ludzi. Udekorowano i figurę i sosnę kwiatami, obrazkami, kolorowymi wstążkami. Długo ludzie modlili się w miejscu objawień. Nocą, kiedy już wszyscy rozeszli się do domów wybuchł pożar. Spłonęło wszystko: ogrodzenie, figura, ozdoby. Było dla wszystkich oczywiste, że ktoś podłożył ogień celowo. Podejrzenia padły na właściciela pobliskiej łąki. A ten od miesięcy skarżył się, że pielgrzymi depczą mu trawę niszcząc pastwisko.

Po pożarze w miejscu objawień, w Jeziórku zrobiło się cicho. Ludzie wrócili do swoich spraw, a wspomnienie o „ślicznej Pani” zatarło się w pamięci ludzi. Tak czasem się kończą niektóre historie. Bez puenty. Bez odpowiedzi.

Autor: Bartłomiej Pucko

Oceń artykuł: 
Aktualna ocena:  3.0

Udostępnij artykuł:

Oceń artykuł: 
Aktualna ocena:  3.0

Komentarze

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Wpisz nazwę użytkownika
Wpisz treść wiadomości
REKLAMA
logo logo

Sztafeta w nowej odsłonie – szybkie newsy, lokalne historie i wszystko, czym żyje Stalowa. Zawsze na bieżąco, zawsze po sąsiedzku.

Mieięcznik Sztafeta

Dołącz do stałych czytelników

Kliknij i dowiedz się jak możesz zamówić stałą prenumeratę naszej gazety!

Zamów prenumeratę

Wydawnictwo Sztafeta Sp. z o.o.

Al. Jana Pawła II 25A/1010
37-450 Stalowa Wola

15 810 94 00 (Redakcja)

redakcja@sztafeta.pl

Twój koszyk

{{ formatPrice(item.price) }} zł
Suma: {{cart.total}} {{cart.currency=='PLN'?'zł':''}}
Realizuj zamówienie
Nie masz żadnych produktów w koszyku. Przejdź do sklepu