Jeziórko to niepozorne miejsce. Kilka domów na skraju lasu, trochę pól, wokół gęste krzaki ostrężyn. Dzieci z okolicznych wiosek przychodziły tam każdego lata zbierać jagody – na sprzedaż albo po prostu dla siebie. Tak było też wówczas, w niedzielę 29 sierpnia 1909 roku. Tego upalnego dnia dwunastoletnia Aniela Szempruch, czternastoletnia Agnieszka Tejt i trzecia dziewczynka, dziś już nieznana z imienia i nazwiska – wybrały się do lasu. W tamtych stronach mówiło się wtedy, że „idzie się na dziady” – czyli po prostu zbierać jeżyny. Nikt nie przypuszczał, że wrócą z opowieścią, która wtedy silnie wstrząsnęła lokalną społecznością.
Spotkanie ze „śliczną Panią”
Według relacji opublikowanej w „Gazecie Powszechnej” w 1909 roku Aniela jako pierwsza dostrzegła postać zbliżającą się od strony pól. Owa niewiasta, jak twierdziła dziewczynka, nie wyglądała jak zwykła wiejska kobieta. Szła wyprostowana, z dłoniami złożonymi na piersiach. Między palcami trzymała złotą książeczkę. Na ręce miała różaniec, a na głowie koronę. W pierwszych chwili dziewczęta wystraszyły się na widok tej tajemniczej, świetlistej osoby. „Może to Matka Najświętsza” – miała powiedzieć Agnieszka. I wtedy, jak zgodnie przyznały dziewczęta, strach na widok „ślicznej Pani” zniknął. Dziewczynki opowiadały, że postać podeszła do jednej z młodych sosen rosnących samotnie na łące. Spojrzała i powiedziała cicho: „nie podoba mi się.” Potem przeszła do drugiego drzewa.
A tak dalsze wydarzenia relacjonuje Gazeta Powszechna: „Gdy odeszła od pierwszej sosenki skądś wzięło się dwóch aniołków i w minucie zrobiły drabinkę do nieba. W tej chwili w niebie zrobił się otwór, jasność buchnęła przezeń, wyszedł pan średniego wieku z brodą a około niego mnóstwo aniołków z koszyczkami w rękach. „Śliczna Pani” wróciła się i też szła po tej drabince do góry, w drodze spotkali się i zeszli na dół — Pani ta stanęła a aniołkowie w około Niej tańczyli, trzymając się za rączki. Pan z brodą siadł sobie na sosence, a pod stopami napis miał na tabliczce: „jam jest”. Litery były złote. Podczas całego tego zajścia taka była muzyka— taki śliczny śpiew ptaków — najwięcej było słowików jaskółek i to wszystko latało i dzwony dzwoniły tak aż ich przygłuszało. Szempruchówna wszystko to widziała - Tejtowna dzwonienie i śpiew słyszała — a trzecia całkiem nic nie widziała i nie słyszała. Pani więc ta śliczna wróciła się do swojej sosenki a Szempruchówna i Tejtowna uklękły, aby się pomodlić. Trzecia towarzyszka nie tylko się nie modliła ale śmiejąc się spinała się na tą sosenkę. Wówczas Pani owa zaczęła płakać. Szempruchównie żal się Jej zrobiło — zaczęła Ją po stopkach całować i mówiła Tejtownie, aby i ona też całowała, ta jednak nie wiedziała gdzie ma całować, zaczęła płakać z żalu, że ona nic nie widzi. Zamiast stopek - pocałowała ziemię. Wtedy jasność ją okryła i zobaczyła żywą śliczną Panią i widziała już że nie ziemię ale stopy całuje — i już dalsze zjawisko obydwie widzą. Pani ta, gdy płakały obcierała sobie oczy chusteczką, którą pomiędzy złożonemi rękami trzymała a książeczka, choć ręce do obcierania podniosła nie odpadła Jej, łzy zaś które spadły na ziemię tworzyły dołeczki. Szempruchówna zemdlała wtenczas a Tejtowna ją podnosiła ze ziemi kilka razy, nim ją do przytomności przyprowadziła. Widziała to zemdlenie i ta trzecia dziewczynka. Gdy wreszcie oprzytomniały, poszły do domów. Pani ta za niemi szła, szły po okropnych bagnach i błotach, zawalały się, a ta pani bielusieńkie paluszki miała. Gdy przyszły na rozstajną drogę, powiedziały sobie, rozejdźmy się, a zobaczymy, z kim ta śliczna Pani pójdzie. Pani szła za jedną i za drugą, rozdzieliła się na dwie. Matka po Szempruchównę wyszła, aby ją nakrzyczeć, że tak długo gdzieś bawiła, córka chciała Panią pokazać, ale gdy się obejrzała, już jej nie było. Skoro wieść o cudownem objawieniu się rozeszła, poszły matki z dziewczętami i poczęły się modlić, i znowu naraz obie zobaczyły tę samą śliczną Panią. Zapytały się Jej, czy się okaże wszystkim ludziom? Odpowiedziała: „Niech się modlą a wszystkim się okażę“. Dziewczęta pytały: Czy trzeba, aby księża tu przyszli?“ Odpowiedziała: „Niech przyjdą“. Widzenie to trwało kilka godzin, od 4 godziny do 10 a może i dalej. Pani zawsze była w jednej postawie, tylko oczami ruszała, gdyż spoglądała na tych, którzy tam przychodzili i odchodzili”. Następnego dnia dziewczynki wróciły na miejsce objawień. Nie widziały nic aż do godziny trzynastej. Wtedy znów ukazała się postać – tym razem z niebieską wstęgą. Zapytane, co mają robić, usłyszały: „Módlcie się, a potem idźcie do domu.” Posłuchały.
Znaki i cuda
Wieść o niezwykłych wydarzeniach w Jeziórku rozeszła się błyskawicznie. Do przysiółka zaczęli przybywać ludzie – nie tylko z okolicy. Wkrótce głośno mówiono o cudach: dwóch chorych miało zostać uzdrowionych, żandarm z Ulanowa zobaczył twarz Chrystusa na pniu sosny, a gdy próbował dotknąć wizerunku kijem, ręka mu zdrętwiała. Inna kobieta, obłożnie chora wróciła do zdrowia po modlitwie pod sosną. Mężczyzna z bólem nogi przyłożył do niej garść piasku z „cudownego miejsca” – i wstał zdrowy. Inni opowiadali o niebieskiej wstędze, która zawisła nad drzewem. Dziewczyna z pobliskiego Zarzecza śniła dwa tygodnie wcześniej o objawieniu w tym właśnie lesie. Inni – w tym właścicielka majątku w Zarzeczu – twierdzili, że widzieli na drzewie wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej.
Sprawą żywo zainteresowali się duchowni. Dziewczęta zostały przepytane przez kleryków z Ulanowa – Jana Dołowego i Władysława Michałkiewicza – a także przez księdza Jana Jamroza. Zeznania ich zdaniem miały być spójne i zgodne w szczegółach. Potwierdził to też emerytowany proboszcz z Kurzyny, ks. Józef Wacławik, który dodatkowo uznał, że dziewczynki były całkowicie zdrowe i świadome. W śledztwo włączyły się również władze państwowe – żandarmeria austriacka wszczęła dochodzenie. Żołnierze przesłuchali dziewczęta i, jak twierdziła „Gazeta Powszechna”, potwierdzili w pełni ich wersję wydarzeń.
Wtedy jednak do redakcji „Powszechnej” trafiło pismo podpisane przez kleryków Dołowego i Michałkiewicza. Obaj twierdzili, że „Gazeta” przekręciła ich słowa. Wyjaśnili, że nie badali sprawy oficjalnie i nie potwierdzają autentyczności objawienia. Według duchownych relacje dziewczynek były niespójne. Uznali też, że miejsce objawień traktowane jest raczej jako cel popularnych wycieczek, a nie pielgrzymek wiernych. Redakcja skomentowała to oświadczenie dość chłodno: „Tyle mówią klerycy, którzy wcześniej wyrażali inne zdanie.”
Mimo wszystko lokalna ludność wierzyła w cud. A dziewczęta wciąż zapewniały, że widziały niezwykłe zjawisko dwukrotnie – 29 i 30 sierpnia. Kolejne widzenie miało miejsce podczas święta Matki Bożej Bolesnej czyli 15 września. W wydaniu z 1 października 1909 roku „Gazeta Powszechna” donosiła, że Anieli „śliczna Pani” pokazała się po raz trzeci – tym razem milcząca, w niebieskiej sukni, z napisem: „Ludzie — dzieci moje.”
W związku z cała sytuacją pojawiły się też pierwsze konflikty wśród miejscowej ludności. Spór dotyczył w jakim obrządku należałoby odprawiać przyszłe nabożeństwa, jeśli powstanie tam kaplica. Okazało się bowiem, że grunt, na którym doszło do objawienia, niedawno został sprzedany przez katolika włościaninowi wyznania grekokatolickiego. A ten poprosił katolicką gminę Wólka Tanewska o drewno na figurę. Wólka mu odmówiła, więc zwrócił się do sąsiedniej, grekokatolickiej gminy Borki. Drewno dostał i figurę postawiono. Poświęcił ją podczas uroczystej procesji greckokatolicki ksiądz z sąsiedniej Dąbrówki.
Pożar gaszący pamięć
W rocznicę pierwszego objawienia w Jeziórku znów zebrał się tłum ludzi. Udekorowano i figurę i sosnę kwiatami, obrazkami, kolorowymi wstążkami. Długo ludzie modlili się w miejscu objawień. Nocą, kiedy już wszyscy rozeszli się do domów wybuchł pożar. Spłonęło wszystko: ogrodzenie, figura, ozdoby. Było dla wszystkich oczywiste, że ktoś podłożył ogień celowo. Podejrzenia padły na właściciela pobliskiej łąki. A ten od miesięcy skarżył się, że pielgrzymi depczą mu trawę niszcząc pastwisko.
Po pożarze w miejscu objawień, w Jeziórku zrobiło się cicho. Ludzie wrócili do swoich spraw, a wspomnienie o „ślicznej Pani” zatarło się w pamięci ludzi. Tak czasem się kończą niektóre historie. Bez puenty. Bez odpowiedzi.
Autor: Bartłomiej Pucko
Komentarze