0.0 / 5
Stalowa Wola 1 maja 2026

Nie jestem osobą „ustawną”. Jestem typem dyrygenta i lidera

Agata STECZKOWSKA – dyrygentka, kompozytorka, pianistka, ale przede wszystkim artystka z pasją i misją. Od najmłodszych lat związana z muzyką, przez dekady budowała swoje artystyczne imperium, ucząc, tworząc i inspirując kolejne pokolenia. W rozmowie wraca do korzeni – wspomina dzieciństwo, lata spędzone w Stalowej Woli i opowiada o tym, co dziś ją napędza i wzrusza.

REKLAMA

Z jakimi doświadczeniami muzycznymi wiąże się Pani dzieciństwo? Czy pamięta Pani moment, w którym po raz pierwszy zaczęła Pani uczyć innych?

- Jak cofam się we wspomnieniach, to moja praca zaczęła się już w wieku siedmiu lat. Mój tata był dyrygentem i prowadził chóry chłopięco-męskie w Rzeszowie i Mielcu. Dzięki słuchowi absolutnemu i muzycznym zdolnościom szybko stałam się mu pomocna – uczyłam solistów między innnymi krok po kroku czytania partytur chóralnych. Oprócz chórzystów, uczyłam też moje młodsze siostry i braci.

Gdy w 1979 roku przeprowadziliśmy się do Stalowej Woli, miałam 14 lat. Wtedy też rozpoczęłam oficjalną współpracę z Chórem Chłopięco-Męskim „Cantus” w roli akompaniatora chóralnego oraz emisjonistki solistów. Choć pracowałam intensywnie i regularnie chodziłam na próby, moja praca przez cztery lata nie była traktowana jako zatrudnienie i nie była wynagradzana. Moje zaangażowanie zostało formalnie uwzględnione w stażu pracy dopiero w chwili gdy osiągnęłam pełnoletność, i zostałam formalnie zatrudniona na etat w Zakładowym Domu Kultury w Stalowej Woli.

Ze Stalową Wolą była Pani związana przez wiele lat. Jak wyglądała Pani działalność muzyczna w naszym mieście?

- Spędziłam w Stalowej Woli blisko 20 lat. Mieszkałam i pracowałam w trzech miejscach: w Miejskim Domu Kultury, w Szkole Podstawowej nr 1 i nr 11. W szkole nr 1 byłam zatrudniona jako nauczyciel muzyki w klasach chóralnych według autorskiego programu chłopięcych klas chórlanych. W szkole nr 11 założyłam klasy chóralne dziewczęce i chłopięce i również pracowałam według autorskiego programu.

Co roku, na rowerze z tatą jeździłam do wszystkich przedszkoli w całej Stalowej Woli i okolicach, aby przesłuchać każdego chłopca i zaprosić najzdolniejszych do klas chóralnych. Dzieci, które miały predyspozycje do śpiewu dostawały specjalne zaproszenie, ale to rodzic decydował, czy zgodzi się na udział dziecka w chórze.

Miałam jednak na uwadze też to, że dziewczynki, które spotykałam w przedszkolach podczas przesłuchań chłopców, również bardzo chciały śpiewać. Wręcz się tego domagały. Dlatego kiedy urodziła się moja córka, zaczęłam poważnie rozważać utworzenie dziewczęcych klas chóralnych. Doskonale pamiętam, jak tato próbował mnie od tego odwodzić, ostrzegając, że to ogromne przedsięwzięcie i że mogę sobie nie poradzić — zwłaszcza że pracowałam samodzielnie, bez pomocy asystentki czy akompaniatora.

Nie zwracałam jednak uwagi na jego ostrzeżenia i zdecydowałam się na ten krok. I tak oprócz chłopięcych klas chóralnych powstały dodatkowo dziewczęce klasy chóralne a razem z nimi Chór „Puellarum Cantus” i „Mały Cantus”.

Czy Stalowa Wola wciąż zajmuje szczególne miejsce w Pani pamięci?

- Tak, oczywiście. Mieliśmy tutaj piękny dom rodzinny z ogrodem. Dziś wiele się zmieniło, ale wciąż darzę Stalową Wolę ogromnym sentymentem — przede wszystkim ze względu na otaczającą ją przyrodę, zwłaszcza lasy. Często chodziłam na jagody, spędzałam czas na rowerowych wyprawach, również z moją córką, która zresztą też pokochała to miasto.

Choć mieszkała w różnych częściach świata, zdobywała wykształcenie za granicą — i to na kilku kierunkach — oraz włada wieloma językami, to kiedy ktoś zapyta ją, skąd pochodzi, bez wahania odpowiada: „ze Stalowej Woli”. To miasto odegrało istotną rolę w moim życiu. Ale nie chodzi jedynie o miejsce — równie ważni są ludzie. Do dziś mam tu przyjaciół, mam też grono wiernych słuchaczy.

Kiedy prowadzę na przykład audycje w Polskim Radiu, czy występuję w telewizji, często potem dostaję wiadomości właśnie stąd, od stalowowolan, że lubią oglądać wywiady ze mną, co jest dla mnie bardzo miłe. Dzięki temu właśnie wiem, że mieszkańcy Stalowej Woli śledzą z życzliwością i z zainteresowaniem moje życie. Mi się wtedy robi słodko na sercu.

Jak na przestrzeni lat rozwijała się Pani kariera artystyczna?

- Moja kariera rozwija się w zgodzie z moimi wyborami. Tam, gdzie pojawiała się potrzeba — odpowiadałam na nią. W Stalowej Woli potrzebny był dyrygent — zostałam dyrygentem. W innych miejscach przyjmowałam inne role. Pracuję w radiu, dużo komponuję, realizuje ministerialne projekty artystyczne, a w wolnych chwilach jestem też modelką.

Na przestrzeni ostatnich 40 lat założyłam i prowadziłam dwanaście chórów, w tym ten najnowszy, z którym współpracuję obecnie przy Polskim Radiu — Chór Wielopokoleniowy Agaty Steczkowskiej.

Ten chór śpiewa i nagrywa w 21 językach — i wiem, że nie ma drugiego chóru na świecie, który wykonuje repertuar w tak wielu językach.

Realizuję również liczne projekty artystyczne, z których szczególnie bliskie mojemu sercu są Mistrzowskie Warsztaty Artystyczne, które prowadzę nieprzerwanie od 16 lat. I, oczywiście, stale nagrywam nowe płyty.

Jakie cechy uważa Pani za najważniejsze w swojej pracy i podejściu do życia?

- Przez dwadzieścia lat przede wszystkim byłam dyrygentką oraz pedagogiem. Z czasem moja działalność zaczęła rozwijać się w wielu kierunkach, ponieważ jestem osobą wszechstronną — interesuje mnie niezwykle wiele dziedzin. A kiedy coś mnie poruszy czy zaintryguje, zgłębiam temat. Gdy z kolei pojawi się fascynacja, rodzi się we mnie prawdziwa pasja, która popycha mnie do działania.

Nie jestem osobą, która się podporządkowuje. Z natury jestem liderką, dyrygentką — a nie chórzystą, który wykonuje polecenia dyrygenta. Dlatego zawsze podążam za tym co mnie inspiruje i pozwala żyć w zgodzie z własnym rytmem. Za moją wolność artystyczną i osobistą całe życie płacę najwyższą cenę.

Doświadczenia współpracy z ludźmi, które zebrałam w Stalowej Woli są przeogromne. Pracowałam równolegle na trzech etatach, nie mając praktycznie żadnej przestrzeni na życie prywatne.

Pasja do muzyki i sztuki jest równocześnie moją pasją do życia. Dla mnie życie jest pasją, a sztuka ubogaca moje życie. Kocham sztukę w całości i sztuka kocha mnie.

Czy pamięta Pani swoje pierwsze publiczne występy?

- Pamiętam doskonale mój pierwszy występ w szkole muzycznej w Rzeszowie, kiedy byłam jeszcze w pierwszej klasie — dziewczynka, „smarkula”, jak to się mówi. Nie miałam jeszcze dwóch przednich zębów, a mama uczesała mnie w dwa wysokie kucyki, tak ściśnięte, że bolała mnie głowa. Miałam na sobie piękną sukienkę — mama zawsze dbała, abyśmy z rodzeństwem wyglądali nienagannie.

Wyszłam na scenę, ukłoniłam się i bardzo poważnie powiedziałam: - A teraz zagram swój utwór pod tytułem „Walc”. Usiadłam do instrumentu i wykonałam własną kompozycję. Nie grałam z nut, jak inne dzieci, które miały przygotowane utwory — ja po prostu przyszłam i oświadczyłam, że mam własny, który wymyśliłam i chcę go zagrać.

Moja nauczycielka, pani Maria Dubrawska, pozwoliła mi na to. Potraktowałam ten moment z pełną powagą i zagrałam bezbłędnie. Do dziś pamiętam każdą nutę tego utworu.

Po zakończeniu otrzymałam ogromne brawa. Rodzice mnie wtedy wyściskali, pocałowali — a trzeba dodać, że należeli do pokolenia, które nie miało zwyczaju publicznie chwalić swoich dzieci. Ten występ mnie wyróżnił, był dla mnie czymś wyjątkowym — i właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałam - chcę być kompozytorką. Bo to uczucie tworzenia i dzielenia się muzyką bardzo mi się spodobało.

Nad czym obecnie Pani pracuje i czym się Pani zajmuje twórczo?

- Obecnie spędzam bardzo dużo czasu w studiu nagraniowym, gdzie koncentruję się przede wszystkim na swoich kompozycjach. Obecnie pracuję już nad swoją 150. płytą — z czego aż 80 to moje własne kompozycje.

Odkryłam także w sobie nową pasję dzięki mojej córce Róży, która rok temu podarowała mi iPada. Jako osoba antykomputerowa, zupełnie nie znałam się na tych urządzeniach. Córka zaproponowała mi, że dzięki temu narzędziu będę mogła rozwijać swoją miłość do malarstwa, którą pielęgnuję od dawna.

Na początku nie miałam pojęcia, jak się do tego zabrać. Róża nie chciała mnie uczyć obsługi programów — powiedziała, że sama muszę to odkryć i poczuć. Zrozumiałam to i zaczęłam się uczyć krok po kroku. Pierwsze dni były pełne frustracji — przeklinałam ze złości, płakałam nocami, przekonana, że nigdy mi się to nie uda.

A jednak udało się i efektem tej pracy była wystawa moich cyfrowych dzieł w Stalowej Woli.

Jest Pani nie tylko artystką, ale i mentorką. Co daje Pani największą satysfakcję w pracy z młodymi talentami?

- Jest coś niezwykłego w chwili, gdy w oczach drugiego człowieka dostrzegam zdziwienie: „Czy to naprawdę ze mnie się wydobywa?” Jako emisjonistka głosu czuję ogromną odpowiedzialność — to niezwykle wymagająca praca, ponieważ odpowiadam za zdrowie i kondycję czyjegoś głosu. Niewłaściwe podejście może poważnie zaszkodzić karierze artystycznej. Zwłaszcza u dzieci, które zbyt szybko są obciążane niewłaściwym repertuarem, istnieje ryzyko nie tylko uszkodzenia głosu, ale także naruszenia delikatnej psychiki.

Wszystko musi być prowadzone zgodnie z naturą i indywidualnym rytmem rozwoju dziecka. Kiedy spotykam kogoś, kto nie zdawał sobie sprawy ze swojego talentu, a ja pomagam mu go odkryć i stworzyć warunki, by mógł się rozwinąć — to jest prawdziwa nagroda.

Takie momenty zdarzały się bardzo często podczas Mistrzowskich Warsztatów Artystycznych Agaty Steczkowskiej. Przypomina mi się historia młodej kobiety, która dziś odnosi światowe sukcesy i jest szeroko rozpoznawalna. Odkryłam u niej wyjątkowy talent do śpiewania muzyki dawnej. Przyjechała na warsztaty jako dorosła osoba, będąc studentką trzeciego roku medycyny. W jej rodzinie wszyscy byli lekarzami i nie było miejsca na artystyczne pasje.

Podczas moich warsztatów ta kobieta miała okazję ze mną popracować, i zaprosiła rodziców na wielkie przedstawienie. Zaśpiewała w duecie arię ze śpiewaczą operową. Ten występ był dla jej rodziców bardzo wzruszający, przez co w końcu zgodzili się na jej decyzję o zmianie kierunku studiów, o którą prosiła od dziecka, marząc o szkole muzycznej. Dziś jest pełnoprawną artystką, występującą również za granicą.

Takich wyjątkowych historii mam na swoim koncie wiele.

Jak Pani zdaniem zmienia się odbiór muzyki wśród młodych ludzi w dzisiejszych czasach?

- Różnicę między pokoleniami w odbiorze muzyki definiuje dziś przede wszystkim jakość. Żyjemy w epoce dźwięku kompresowanego, odtwarzanego z telefonów komórkowych, w formacie mp3. Nie mam nic przeciwko nowoczesnym nośnikom — samej zdarza mi się słuchać własnych kompozycji w ten sposób — ale zawsze są to nagrania wgrane z najwyższej klasy studia dźwiękowego.

Tak wygląda współczesny świat. Młodzi ludzie podążają za pewną falą. Oczywiście, muzyka popularna istniała zawsze — twórczość dla szerokiego grona odbiorców musi być komunikatywna, prosta w przekazie, bo większość ludzi inaczej jej nie przyswoi. Dlatego też od zawsze funkcjonowała równolegle sztuka elitarna i sztuka popularna. To się nigdy nie zmieni, ponieważ taka jest natura człowieka. Aby móc w pełni zrozumieć i przeżyć sztukę wyższych lotów, trzeba być na nią przygotowanym — niekoniecznie wykształceniem, ale przede wszystkim wrażliwością.

Znam wielu moich słuchaczy, którzy nie posiadają formalnego wykształcenia muzycznego, a jednak są wiernymi uczestnikami koncertów, bywają w filharmonii, w operze. Ten kontakt z muzyką na żywo ich ubogaca. Tymczasem dzieci, które nie mają okazji doświadczyć takiego kontaktu — bo nikt ich tam nie zaprowadził, nikt nie pokazał im tej przestrzeni — nie będą za nią tęsknić. Nie pojawi się w nich wewnętrzna potrzeba, aby tego doświadczać na co dzień.

Czy uważa Pani, że mniejsze miasta – takie jak Stalowa Wola – mogą być dziś równie silnym zapleczem kulturalnym jak wielkie ośrodki?

- Oczywiście — pod warunkiem, że wydarzy się coś, co miało miejsce tutaj, w Stalowej Woli. Mój ojciec był pionierem życia kulturalnego tego miasta, jego protoplastą, podobnie jak na przykład Józef Żmuda. Później dołączyłyśmy do tego znakomitego grona — mama i ja.

Osobiście założyłam tutaj trzy chóry: „Mały Cantus”, „Puellarum Cantus” i „Quaatuori virinorus”. A skąd wziął się Chór Kameralny? Jerzy Augustyński, który dziś nim kieruje, był w Mielcu chórzystą mojego taty. Jego Chór Kameralny został stworzony z chórzystów, którzy uczęszczali do „Cantusa” i z chórzystek chóru dziewczęcego przy liceum nr 1 tak zwanym „Staszicu”. Z tego co wiem Stalowa Wola ma w tej chwili 18 chórów. Tyle chórów w takim małym mieście, to zjawisko niemal niepojęte. A jednak wyjaśnienie jest bardzo proste: zostało zasiane ziarno.

Gdyby mogła Pani powiedzieć coś sobie sprzed 40 lat – co by to było?

- Powiedziałabym sobie: „Uciekaj!”. Od obowiązków, od oczekiwań, od ciągłego bycia dla innych – i zajmij się sobą. 40 lat mojego życia, całą swoją energię, serce i czas, oddałam ludziom, a teraz chcę swoją uwagę skierować na siebie.

To właśnie dlatego tak dużo jestem w studiu nagraniowym, w moim świecie dźwięków, kiedy komponuję oraz coraz częściej sięgam po środki wyrazu z obszaru sztuki wizualnej – malarstwo, grafikę cyfrową. To forma dialogu z samą sobą, w przestrzeni zupełnej ciszy, którą uwielbiam.

Zachęcamy do lektury naszych miesięczników, w których oprócz publikowanego wywiadu znajdują się także inne ciekawe rozmowy i artykuły dotyczące życia regionu, edukacji i kultury!

Oceń artykuł: 
Aktualna ocena:  0.0

Udostępnij artykuł:

Oceń artykuł: 
Aktualna ocena:  0.0

Komentarze

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Wpisz nazwę użytkownika
Wpisz treść wiadomości
REKLAMA
logo logo

Sztafeta w nowej odsłonie – szybkie newsy, lokalne historie i wszystko, czym żyje Stalowa. Zawsze na bieżąco, zawsze po sąsiedzku.

Mieięcznik Sztafeta

Dołącz do stałych czytelników

Kliknij i dowiedz się jak możesz zamówić stałą prenumeratę naszej gazety!

Zamów prenumeratę

Wydawnictwo Sztafeta Sp. z o.o.

Al. Jana Pawła II 25A/1010
37-450 Stalowa Wola

15 810 94 00 (Redakcja)

redakcja@sztafeta.pl

Twój koszyk

{{ formatPrice(item.price) }} zł
Suma: {{cart.total}} {{cart.currency=='PLN'?'zł':''}}
Realizuj zamówienie
Nie masz żadnych produktów w koszyku. Przejdź do sklepu