0.0 / 5
14 lutego 2026

Jak to bywało, kiedy Lasowiaka na zaloty brało, czyli zaloty po lasowiacku

W stronach biłgorajsko–tarnogrodzkich powiadane jest takie lasowiackie przysłowie: „Chłop bez kality to jak bez kobity”. W pierwszym odruchu kojarzymy je z w wyglądem, gdyż łatwo się zorientować, że każdy Lasowiak nosił ze sobą torbę, która stanowiła integralną część jego garderoby.

REKLAMA

Mnie zastanowiło jednak coś innego... Kalita, rozumiem – trzeba mieć gdzie schować kawałek chleba idąc do pracy, bo w ubiorze Lasowiaka nie występują kieszenie. Ale po co chłopu kobita i skąd się ją bierze?

Każda kobieta była czyjąś żoną

Dziś życie singla nikogo nie dziwi, ale jeszcze 100 lat temu życie na wsi nie istniało poza rodziną. Dowiedziałam się o tym, gdy trapiła mnie myśl, w czym ja, to znaczy w jakim stroju, będąc już przeterminowaną „starą panną” byłabym pochowana? W czym była chowana nie mężatka i nie panienka, po prostu stara baba bez męża?

Zadałam takie pytanie etnografowi, który bez wahania odpowiedział, że takich przypadków po prostu nie było, nikt nie mógł żyć bez rodziny, każda kobieta była czyjąś żoną. Jeżeli nie trafił się żaden amator, to musiała poślubić choćby wierzbę, ale starą panną umrzeć nie mogła. Napełniło mnie to wówczas nadzieją...

Ruta, rozmaryn, malowany prostokąt

Skąd więc brali się amatorzy, jak poznawali się ludzie, kiedy nie było czatów czy Facebooka. Odpowiedzi na te wszystkie pytania są w pieśniach, tradycjach i zwyczajach, wystarczy się w nie wsłuchać.

Otóż gdy „ojce” decydowali, że panna powinna już szukać „kawalira”, sadziła rutę lub rozmaryn w ogródku przed domem. Kawaler przechodząc widział sygnał i jeśli sam szukał żony, to już wiedział, gdzie zapukać ze swatami. W tym miejscu jednak muszę dodać, iż kilka lat temu spróbowałam tej metody... w XXI wieku już nie działa. Nic jednak straconego, bo nie mając pomysłu na elewację wciąż zwlekam z pomalowaniem domu, więc do wykorzystania jest inny sposób zaciągnięty z lasowiackich zwyczajów. Gdy panna chciała znaleźć męża, ojciec malował na biało lub niebiesko prostokąt wokół okna, od dachu po fundament. To również był znak, że panna czeka na kawalera. Ja jednak wciąż się „waguję”, czy spróbować.

Kolor haftu i liczba zakładek

A gdzie i jak poznawali się młodzi osobiście? Najczęściej na zabawach, wiejskich potańcówkach, odpustach, weselach, dożynkach lub kolędowaniu, bo śpiew i taniec są przecież najprostszymi sposobami okazywania uczuć. Wtedy chłopak prosił do tańca dziewczynę i mógł dać jej do zrozumienia, że jest nią zainteresowany.

A jak sprawdzić czy dziewczyna jest z bogatego domu, czy zdrowa i czy urodzi dzieci? Na to też wymyślono metodę. O tym, że mamy do czynienia z panną, można było się zorientować po ubiorze, gdyż – jak wiecie – panienki haftowały swoje stroje na czerwono. Liczyła się też liczba zakładek w fartuchu, bo im szerszy tyłek, tym bogatszy dom i zdrowsza panna.

Dziewanna i lubczyk

Wiedząc już, jakich sygnałów szukać, należało też wiedzieć, czego unikać. I tu chroni kawalerów, ziołowe lasowiackie przysłowie: „Gdzie rośnie dziewanna, tam bez posagu panna”. Żaden kawaler nie wstąpił więc do gospodarza, którego pole składało się z piachów, bo wiadomo, że nic prócz dziewanny i chwastów na nich nie urośnie.

Zioła też pomagały w zalotach, gdyż panny używały korzenia, by „zadać chłopokowi” lubczyku. Należało podać wybrankowi napój ze startym korzeniem lubczyka i czekać, czy się zakocha, czy nie. Innym sposobem, by sprawdzić czy się udało i nie czekać zbyt długo, było urwanie w dniu św. Andrzeja gałązki wiśni, myśląc w tym czasie imię ukochanego bądź ukochanej, wstawić gałązkę do wody i gdyby zakwitła lub puściła pąki do Bożego Narodzenia, wybranek na pewno kocha. Liczenie sztachet, czy słuchanie, z której strony szczekają psy to część sporego zbioru wróżb matrymonialnych odtwarzanych w dniu „wigiliji” przez Lasowiaków.

Komu stawiano „Maja”

Gdy lasowiacki kawaler wybrał już kandydatkę na żonę, sprawdził, czy zdrowa, bogata i jakie ma wiano, musiał jej dać znać, że mu się podoba. Tylko Lasowiacy mieli taki gest. Otóż stawiali oni „Maja”, oczywiście w miesiącu maju, pannie przed chałupą. „Maj” to tyczka zrobiona z ociosanej sosny, mająca przynajmniej sześć metrów wysokości i zakończona jodełką lub świerkiem. Najpiękniejszym pannom stawiano nawet dwa lub trzy „Maje” jednego roku, gdyż kawalerowie rywalizowali o te piękne i bogate dziewczęta, najlepsze partie we wsi.

Zwyczaj ten nadal jest kultywowany tylko w jednaj wsi na świecie, niedaleko, w Mazurach, w gminie Raniżów. Myślę, że zasługuje on na wpisanie na Krajową Listę Dziedzictwa Niematerialnego.

Znikające furtki i Lejka

Kawalerzy dawali też znak, zdejmując na przykład furtki podczas wigilii i wynosząc je gdzieś dalej. Czasem, jak spadł w nocy śnieg, gospodarze te furtki znajdowali dopiero po roztopach. W ostatnich latach zwyczaj ten się zdewaluował, przeszedł w żarty i mało już ma wspólnego z zalotami.

Dużo wspólnego ma za to zwyczaj polewania panny wodą w Lejka, czyli „lany” poniedziałek wielkanocny.

Chodzenie za dziewką i pod okno

Poważne zaloty rozpoczynały się wraz z „chodzeniem za dziewką”. Polegało to na odwiedzaniu wybranki pod błahym pretekstem, by przynieść jej drobny upominek lub pomóc rodzinie i jej samej, w pracach polowych lub przy gospodarstwie. Bardziej wyraźnie już chyba nie można pokazać, że „chłopokowi zalyży”?

Otóż można. Ci poważnie zdecydowani odwiedzali swoje panny pod oknem. A robiło się poważnie, bo rozpoczynały się wtedy zaloty przez okno czyli „chodzenie pod okno". Jak się łatwo domyśleć, młodzi spotykali się wieczorami pod okienkiem, by porozmawiać lub pośpiewać. Ci najzdolniejsi i najbardziej odważni grali ukochanym na skrzypcach lub harmonii, ci najbogatsi wynajmowali muzykantów. Był to wyraz najpoważniejszych intencji. Tak poważne intencje odczytać też można było, gdy młodzieniec przychodził pomagać przy żniwach czy rąbaniu drewna, chcąc pokazać się z jak najlepszej strony, jako zaradny i pracowity człowiek, dobry kandydat na męża.

Swat i zmówiny

I tak, po przebyciu wszystkich etapów zalotów, kawaler udawał się do rodziców wybranki ze „Swatem” na tak zwane „zmówiny”. Negocjowano wówczas warunki wydania panny za mąż. Kłócono się nie tylko o morgi czy inwentarz. Spory toczono o każdą łyżkę, pierzynę, motykę czy grabie, ale i to było do przejścia.

Ciekawostką jest fakt, że podczas takich zmówin nie wolno się było kawalerowi odezwać, dopóki nie padły słowa Swata: „No to teraz możesz się ożenić”. A kim był Swat? Swat to starszy, szanowany mieszkaniec wsi, wuj, stryj lub po prostu człowiek bogaty i uznany. Zwyczaj ten świetnie zilustrował Zespół Ludowy Cyganianki w jednym ze swoich widowisk obrzędowych.

„Jak mi nie dosz, to mi pożyc”

Wiele ciekawych zwyczajów lasowiackich zalotów możemy zauważyć również w utworach muzycznych na przykład w tekście oberka „Na nalepie popiół”, gdzie dziewczyna śpiewa do chłopca „Jak się namówimy, to się pobierzemy...”, gdzie wyraźnie odczytać można, że młodzi mogli decydować o swoim losie. Za to w polce „Dziewczyno moja” to mężczyzna obiecuje „Jo będę orał, ty obiad ważyć i tak będziemy se gospodarzyć”.

Śpiewy, tańce i muzyka były bardzo ważną częścią zalotów. „Chłopoki” często śpiewali przyśpiewki z podtekstem miłosnym, a największe wrażenie robiły te najbardziej pomysłowe, zabawne i śmieszne. Bardzo lubiłam, jak Tadek Szczęch z Kapeli Ludowej „Łęgowianie” z Bojanowa, na koncertach śpiewał męski tekst polki „Ty dziewczyno od Zagorzyc, jak mi nie dosz to mi pożyc”. I choć nie jest to utwór bardzo lasowiacki, to nie mogłam go pominąć, bo zawsze zastanawiam się, na czym skończyłoby się to „pożycanie” i na czym polega oddawanie. Zresztą Tadek Szczęch, choć był to z krwi i kości „Lasowiak bez kality”, śpiewał wiele tekstów miłosnych, takich jak „Chyba by nie było słońca i miesiąca, żebym se nie wybroł dziewczyny z tysiąca”...

Zebrać wszystko razem

Mnie jednak, jako pannie z mocno przekroczonym terminem ważności, pozostaje zbierać wszystkie te informacje, żeby je Państwu opisać. I pisząc je, cichutko sobie podśpiewuję tekst poleczki „Sama jose sama”, „Od mojego okna odpadły firanki, bo dziś jest wesele moi koleżanki...”.

Rutkę, rozmaryn i lubczyk już w ogródku mam, wiem też, gdzie rośnie wiśnia i może pomaluję tę elewację na biało, a za kilka miesięcy przed chałupą zobaczę „Maja”, by – tak jak inne dziewczęta – zaśpiewać sobie wesoło „bo na drugi rocek bede gospodyni. Bede gospodyni, kupie sobie fartuch, żeby nikt nie godoł, że chodzeł obdarto...”

No tak, a co to jest fartuch, ćwile, czy pazucha? To może już innym razem.

Anita Stanisława Ryba

PS. Powyższy tekst nie jest ogłoszeniem matrymonialnym i nie stanowi zachęty do lasowiackich zalotów.

Oceń artykuł: 
Aktualna ocena:  0.0

Udostępnij artykuł:

Oceń artykuł: 
Aktualna ocena:  0.0

Komentarze

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Wpisz nazwę użytkownika
Wpisz treść wiadomości
REKLAMA
logo logo

Sztafeta w nowej odsłonie – szybkie newsy, lokalne historie i wszystko, czym żyje Stalowa. Zawsze na bieżąco, zawsze po sąsiedzku.

Mieięcznik Sztafeta

Dołącz do stałych czytelników

Kliknij i dowiedz się jak możesz zamówić stałą prenumeratę naszej gazety!

Zamów prenumeratę

Wydawnictwo Sztafeta Sp. z o.o.

Al. Jana Pawła II 25A/1010
37-450 Stalowa Wola

15 810 94 00 (Redakcja)

redakcja@sztafeta.pl

Twój koszyk

{{ formatPrice(item.price) }} zł
Suma: {{cart.total}} {{cart.currency=='PLN'?'zł':''}}
Realizuj zamówienie
Nie masz żadnych produktów w koszyku. Przejdź do sklepu