W latach 60. ubiegłego wieku produkcja wojskowa w Hucie Stalowa Wola była niewielka. Zakład nie miał też wiodącego asortymentu cywilnego – wytwarzał różne wyroby i urządzenia, które nie dawały jednak szansy na strategiczny rozwój HSW. Nowy, od marca 1965 r. dyrektor naczelny Huty, Zdzisław Malicki, szukał więc przyszłościowej drogi wytwórczej, także w sferze produkcji wojskowej. Tu sytuacja miała się zmienić pod koniec lat 60.
Wielka hala pod nową produkcję
Otóż w 1967 r. rozpoczęto w HSW nową, wielką inwestycję: budowę tzw. zakładu produkcji jednostkowej, wtedy największej hali w Zakładzie Mechanicznym Huty, później określanej jako wydział M-16. To tu miał się odbywać montaż transportera bojowego, ukrytego pod symbolem TB-40.
Był to opancerzony pojazd poruszający się na gąsienicach, uzbrojony w armatę kalibru 73 mm i wyrzutnię pocisków kierowanych. Prace nad uruchomieniem jego seryjnej produkcji toczyły się w intensywnym tempie, bardzo często w godzinach nadliczbowych, przyjęto kilkudziesięciu konstruktorów do prac adaptacyjnych. Hucie zależało bowiem na jak najszybszym uruchomieniu produkcji tego transportera. Konstruktorzy opracowali pełną dokumentację techniczną, sporządzono również dokumentację technologiczną (wytwórczą), wykonano wiele narzędzi i oprzyrządowania, a dla produkcji tego transportera zbudowano, jak wspomnieliśmy, największą halę w całym Zakładzie Mechanicznym Huty.
Koniec marzeń o transporterze
Ale na wiosnę 1969 r. projekt ten ostatecznie upadł. Dlaczego?
Otóż ówczesny I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka, wizytując zakłady optyczne w Warszawie, natknął się na prace przy celownikach dla nowego wozu bojowego ze Stalowej Woli, i zaczął dociekać, czy Polskę stać na tę produkcję.
Gomułka interweniował wtedy w Ministerstwie Obrony Narodowej, a resort zażądał od Zdzisława Malickiego, dyrektora naczelnego Huty Stalowa Wola, podania kosztów całego przedsięwzięcia oraz kosztów jednostkowych TD-40, mimo, że uruchomienie nie było jeszcze do końca opracowane technologicznie.
Malicki zwrócił się więc o podanie kosztów do kooperantów, dostarczających Hucie poszczególne elementy wozu, ale ci – jak wspominał w 2001 r. w wywiadzie dla „Sztafety” – „oczywiście brali je z sufitu, jak np. Huta Ostrowiec, dostarczająca podwozia”.
Mimo późniejszych obniżek tych kosztów, finalna cena TB-40 była i tak bardzo wysoka. A to tak zdenerwowało Gomułkę, że nakazał przerwać prace nad uruchomieniem produkcji tego transportera w HSW.
Malicki: – Na pewno bym wyleciał...
– Sprawa była polityczna. Wiem, że na plenum KC, Gomułka mówił do Władysława Kruczka (ówczesny I sekretarz KW PZPR w Rzeszowie – red.), że są tacy dyrektorzy, którzy kłamią, żeby dostać zamówienia... Na pewno bym wyleciał, gdyby wcześniej, w grudniu 1970 r. nie zdjęto Gomułki. Ale dyrektor, który nie ryzykuje swym stanowiskiem, nie powinien być dyrektorem. A swoją drogą, produkcji TD-40 podjęła się Czechosłowacja i dobrze na tym wyszła – mówił „Sztafecie” Zdzisław Malicki.
Dodajmy, iż transporter montowały zakłady w miejscowości Martin (obecnie Słowacja), znane także z produkcji traktorów. A ulokowanie jej właśnie tam miało być też próbą uspokojenia sytuacji politycznej po zbrojnej interwencji Związku Radzieckiego i jego satelitów w Czechosłowacji, w sierpniu 1968 r.
Komentarze