W dorobku artystycznym T. Arciucha znajduje się około 20 filmów dokumentalnych, niektóre z nich zdobyły nagrody i wyróżnienia na prestiżowych festiwalach i konkursach. Opowiadają o ludziach, miejscach, wydarzeniach historycznych. Reżyser nie zapomina o swoim rodzinnym mieście. Jego filmy „Miasto z piasku i serc. Stalowa Wola”, „Od wojny do wolności. Stalowa Wola” czy „Kryptonim »Kościół«” spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem widzów.
Publikujemy rozmowę z ambasadorem przeprowadzoną podczas wizyty reżysera w Muzeum Centralnego Okręgu Przemysłowego.
– Jaką Stalową Wolę pamięta Pan z czasów swego dzieciństwa?
Urodziłem się w Stalowej Woli w 1955 r. Były to czasy głębokiego komunizmu. Mieszkałem z rodzicami w przedwojennym bloku przy ulicy Wolności 13. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych nie mówiono i nie uczono o Centralnym Okręgu Przemysłowym. Stalową Wolę chciano przekształcić w miasto socjalistyczne, „czerwone”. Do tej pory pamiętam hasła komunistyczne na budynkach czy pochody pierwszomajowe. Pamiętam też budowę kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Polski. Budowę przerwano. Chylące się rusztowania, ogrodzony teren i wysokie przęsła ścian zostały w mojej pamięci. Nakręciłem w 2023 r. film o tych czasach pt. „Kryptonim Kościół”
Z czasów dzieciństwa bardzo dobrze pamiętam zabawy z kolegami na przyblokowych ogródkach, przy trzepaku, gdzie graliśmy w siatkówkę czy palanta. Rzadko zapuszczałem się na drugą stronę torów, czyli tzw. Zatorze. Czasami z mamą do Ogrodu Jordanowskiego lub na stadion sportowy, gdzie odbywały się zawody sportowe lub imprezy dla mieszkańców. Wielką atrakcją był przyjazd cyrku do miasta. Z kolegami biegaliśmy wokół wozów cyrkowych i podglądaliśmy przywiezione zwierzęta.

Zdjęcie: Rok 1958. Rodzina Arciuchów na spacerze obecną ul. Ofiar Katynia. Od prawej brat Staszek, tato, ja, mama.
– W Stalowej Woli o mało nie stracił Pan życia..
Istotnie, w wieku 3 lat przeżyłem groźną sytuację, ale uratowała mnie wtedy Jadzia Przygoda (obecnie Dańczak). W ogródku przyblokowym w zimie stały metalowe beczki z wodą. Na powierzchni pływał lód. Postanowiłem go wyłowić. Przechyliłem się i wpadłem do beczki z wodą. Jadzia, która mieszkała na parterze bloku, szczęśliwie widziała całą sytuację przez okno. Wybiegła i wyciągnęła z wody. Zawdzięczam Jej życie. Jest dla mnie taką „drugą mamą”.
– Kiedy Wasza rodzina przyjechała do Stalowej Woli?
Mój ojciec był wojskowym. Pochodził z białostockiego. Kiedy weszli Sowieci, wcielili ojca do swojej armii, a potem skierowali go do tzw. „batalionu pracy” i pracował w kołchozie w piekarni i we młynie. Po porozumieniu Majski-Sikorski Polacy, którzy byli na wschodzie, mogli wstąpić do armii polskiej. Ojciec wraz z kolegami próbował dotrzeć do wojska gen. Andersa, ale oni opuścili już ZSRR. Wówczas został wcielony do armii kościuszkowskiej. Walczył pod Lenino. Później skończył oficerską szkołę artyleryjską w Toruniu. Po wojsku studiował na Politechnice Łódzkiej.
W 1951 r. trafił z nakazu pracy do Stalowej Woli. Zajmował się odbiorem produkcji wojskowej HSW w ramach 6 Rejonowego Przedstawicielstwa Wojskowego, które funkcjonowało w HSW. W czasie 20 lat pracy w Stalowej Woli awansował kolejno z kapitana do pułkownika i w 1968 roku został dowódcą 6 RPW. Nigdy nie zapisał się do PZPR i był zdeklarowanym katolikiem. W donosie do UB określany jest jako „zagorzały klerykał”. Dotarłem do tego dokumentu i w nim są także inne ciekawe informacje dotyczące mojego taty. Do kościoła chodził przez długi czas w mundurze wojskowym. Niejednokrotnie, po donosach, wzywany był przez wojskowe służby bezpieczeństwa do tłumaczenia się ze swoich związków z Kościołem. Szczególnie kłuło ich w oczy chodzenie taty w mundurze do kościoła. W końcu, kiedy był już w stopniu majora, uczęszczał na msze po cywilnemu. Mama zajmowała się domem i dziećmi. Było nas troje: siostra Barbara, brat Stanisław i ja, najmłodszy. Mieszkała też z nami przez kilka lat dalsza kuzynka, Wandzia, która dzięki temu mogła ukończyć tu liceum.
– W Stalowej Woli zaczął Pan edukację?
Naukę rozpocząłem w Szkole Podstawowej nr 2, przy ul. Mickiewicza, a potem chodziłem do liceum przy ul. Staszica. (wówczas LO 44, obecnie LO im. KEN). Tutaj zaliczyłem pierwszą klasę. Otrzymałem świetne podstawy z nauk ścisłych. Byłem w klasie profilowanej, matematycznej. Tego przedmiotu uczyła mnie Pani Ludmiła Kuczek. Nie miałem później żadnych kłopotów z królową nauk. Pan Marian Baran uczył mnie języka polskiego. Potem ojciec dostał pracę w Warszawie i wyprowadziliśmy się ze Stalowej Woli. Kontynuowałem naukę w Liceum im. Stefana Batorego. To szkoła o wysokim poziomie i charyzmie (kończył ją m.in. K.K. Baczyński). Byłem dumny, że trafiłem w takie miejsce.
– Jaki kierunek studiów wybrał Pan po maturze?
Zdałem na Wydział Lekarski Akademii Medycznej w Warszawie. Zawsze medycyna fascynowała mnie w sensie poznawczym. Na drugim roku studiów miałem trochę więcej wolnego czasu, więc założyłem z kolegą amatorski studencki klub filmowy. Tu nakręciłem, na taśmie 8 mm, pierwszy film paradokumentalny. Potem związałem się z Klubem Stodoła przy Politechnice Warszawskiej. Tam działał klub filmowy, był profesjonalne kamery i stół montażowy. Realizowałem swoje pasje. Na czwartym roku medycyny stwierdziłem, że film bardziej mnie interesuje. Zacząłem przygotowywać się do szkoły filmowej. Dostałem się do łódzkiej filmówki za pierwszym razem.
– A co z medycyną? Studiował Pan równocześnie na dwóch uczelniach?
Nie. W 1979 roku rozpocząłem studia w filmówce. To był fantastyczny okres nauki, spotkań z interesującymi ludźmi, jak choćby Roman Polański. Po drugim roku, na zaproszenie rodziny wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Wymyśliłem sobie, że nakręcę tam film o legendarnej aktorce Poli Negri, bo w ten sposób dostałem poparcie rektora PWSFTviT w otrzymaniu paszportu, a był wtedy stan wojenny i na wyjazdy był szlaban. Szkoła wyposażyła mnie w kamerę 16 mm i taśmy oraz list z rekomendacją uczelni. Niestety, z filmu o Poli Negri nic nie wyszło. Brak pieniędzy na wyjazd do miejsca zamieszkania legendy kina – San Antonio i przede wszystkim brak zgody aktorki, wówczas już bardzo schorowanej, zniweczył te plany.
Mając do dyspozycji szkolną kamerę i taśmy, nakręciłem z kolegą dokument o Stefanie Niedziałkowskim, który występował w słynnej pantomimie Tomaszewskiego. Wyemigrował do Ameryki, gdzie próbował robić karierę solową, a nawet założył małą szkołę mimów.
Oczywiście musiałem też zarobić pieniądze na utrzymanie. Pracowałem na budowie, w sklepach, w ogrodzie oraz w laboratorium (przydały się moje studia medyczne). Było to laboratorium przy fabryce chemicznej, prowadziłem analizy dotyczące witaminy C.
Po powrocie do Polski ukończyłem szkołę filmową. To było w 1984 r. Był to ciężki okres, czas bojkotu telewizji. Postanowiłem wówczas skończyć przerwaną medycynę i w 1988 r. uzyskałem dyplom lekarza. Robiłem specjalizację z psychiatrii. Pracowałem w pracowni EEG w klinice psychiatrycznej.
– Ale nie trwało to zbyt długo?
Wkrótce uzyskałem możliwość podjęcia studiów w Paryżu. Interesowałem się psychoneuroimmunologią. Rozpocząłem studia na wydziale biochemii Université Paris Diderot – Paris 7. Studia były bezpłatne. Znałem francuski (uczyłem się dość intensywnie na kursach w Instytucie Francuskim). Zatrudniłem się też w Instytucie Pasteura. Zostałem tam stażystą.
Gdy wróciłem do Polski, chciałem kontynuować badania w Warszawie w Instytucie Medycyny Doświadczalnej lub PAN. Trafiłem do laboratorium. Prowadziłem badania z komórkami nowotworowymi wszczepianymi szczurom. Niestety ze względu na brak pieniędzy i zaniedbania cała praca badawcza poszła na marne.
Wtedy jeden z kolegów namówił mnie do kręcenia dokumentów. I tak w roku 1994 wróciłem do filmu i zająłem się reklamą. Realizowałem spektakle telewizyjne, przez dwa lata serial Klan i pracowałem dla Telewizji Polskiej.
Kiedy powstała TVP Historia, szukano kierownika redakcji. No i trafiłem tam. Specjalizowałem się w filmach dokumentalnych.
– Tworzył Pan filmy o tematyce historycznej, znanych osobach, zasłużonych dla ojczyzny i tych mniej znanych, w których losach odbija się los narodu polskiego. Niezwykle ważna w Pana dorobku jest tematyka kresowa, zwłaszcza rzezi wołyńskiej.
Tematyka kresowa pojawiła się dzięki koledze Maciejowi Wojciechowskiemu. Wspólnie pojechaliśmy na Wołyń i trafiliśmy do Kisielina. Jak zobaczyłem dawny polski, zniszczony kościół, to stało się było dla mnie i dla Maćka oczywiste, że trzeba zrobić film o historii tego miasteczka. Już wtedy wiedzieliśmy, że tam mieszkała rodzina Krzesimira Dębskiego. Napisaliśmy scenariusz, przekonaliśmy zarząd TVP , że taki film powinien powstać. W czasie tego wyjazdu zrobiliśmy w sumie dwa filmy. Jeden o Kisielinie i dziejach rodziny Dębskich „Było sobie miasteczko” i drugi z doktorem Leonem Popkiem – historykiem IPN-u, który badał okoliczności zbrodni w Ostrówkach i zbrodni w Woli Ostrowieckiej. Powstał wtedy film pod tytułem „Zapomniane zbrodnie na Wołyniu”.
W niektórych filmach o Wołyniu mamy wątki stalowowolskie. Dokument „Boże, gdzie Ty jesteś”, pokazuje historię rodziny Stanisławy Kwiecińskiej, długoletniej mieszkanki Stalowej Woli. Powstał też film „Niedokończone msze wołyńskie”. Tutaj pojawia się ks. Józef Marecki, związany niegdyś z rozwadowskim klasztorem kapucynów.

Zdjęcie: Tadeusz Arciuch w trakcie realizacji swojej pierwszej etiudy fabularnej (Łódź,1981)
– Nakręcił też Pan filmy o swoim rodzinnym mieście. O powstaniu Zakładów Południowych, czasach wojny czy stalowowolskiej Solidarności oraz o kościele MBKP, którego przerwaną budowę zapamiętał Pan z czasów dzieciństwa.
Dla mnie to wielkie emocje – dotarcia do informacji, do świadków historii, pokazania niezwykle ciekawych faktów, pokazania nieznanych wydarzeń. Ludzi, którzy tworzyli miasto i Zakłady Południowe. Filmy były bardzo dobrze przyjęte przez telewidzów TVP Historia.
– Zbiera Pan do każdego filmu mnóstwo materiału, potem trzeba przystąpić do selekcji. Czy to są trudne wybory?
Bardzo trudne. Na przykład do dwóch odcinków „Stalowa Wola. Od wojny do wolności”, nakręciłem wypowiedzi około 30 osób, to jest około 40 godzin. No i z tego musiałem wyselekcjonować materiał na dwie godziny. Niektóre wątki, z bólem serca, trzeba było pominąć.
– Nad czym Pan teraz pracuje?
Jesteśmy z kolegą Maciejem Wojciechowskim na etapie montażu filmu o Januszu Horoszkiewiczu. To jest potomek Wołyniaków z Omelanki, z okolic Huty Stepańskiej. Upamiętnił krzyżami ponad 40 polskich miejsc pamięci w dolinie rzeki Horyń. Dzięki jego staraniom powstały także tablice ku czci ofiar rzezi wołyńskiej na tamtych terenach. Bohater filmu zbierał też relacje ludzi i napisał monografię o tamtych okolicach, wokół Huty Stepańskiej.
– Pojawią się kolejne filmy o Stalowej Woli?
Stalowa Wola jest mi bardzo bliska. Może tym razem znajdę temat dotyczący niezwykłych ludzi tego miasta, np. pierwszego proboszcza ks. Józefa Skoczyńskiego. Moi rodzice znali księdza. Miał on wielki szacunek wśród mieszkańców i wiele dobrego zrobił dla Stalowej Woli.
– Zatem czekamy na kolejne filmy. Jeszcze raz gratulujemy tytułu Ambasadora Stalowej Woli.
Z T. Arciuchem rozmawiała Joanna Rybak
Komentarze