Tegoroczna edycja ortograficznego konkursu była wyjątkowa z dwóch powodów. Po pierwsze, jak zauważyli organizatorzy, dyktando osiągnęło symboliczny próg dorosłości, świętując 18 lat istnienia. Po drugie, tym razem, jego prowadzącym nie była Anna Garbacz, lecz językoznawca, redaktor literacki i autor podcastów Maciej Makselon.
„Język do dogadania” - pod takim tytułem odbyło się tegoroczne dyktando. Głównymi pułapkami czyhającymi na konkursowiczów nie tyle była pisownia wyrazów z „ż”, „rz”, „h” i „ch”, ile przecinki, dywizy oraz pisownia z dużej i małej litery.
Opinie o stopniu trudności były jednak podzielone. Jedni uważali, że było prostsze niż w poprzednich edycjach, inni pytali „czy to układał poeta?”, uznając dyktando za nadzwyczaj trudne. Niezależnie jednak od tych uwag, większość uczestników zapewniła, że w kolejnym roku również zamierza zmierzyć się z trudnymi zasadami polskiej ortografii.
W tegorocznej edycji zwycięzcami zostali:
I miejsce – Aleksander Koper z Tarnobrzega (nagroda: 2000 zł)
II miejsce – Rita Dukaczewska z Niska (nagroda: 1500 zł)
III miejsce – Jolanta Pastuch z Pysznicy (nagroda: 1000 zł)
Nagrody pieniężne ufundował Nadsański Bank Spółdzielczy w Stalowej Woli.
Daria Pawusiak
Tekst tegorocznego dyktanda
Język do dogadania
Gdybyż dziś Doroszewski wtargnął do nie tak wcale niepokaźnego foyer BUW-u, pewnie powiedziałby półżartem, że język jest współdzieloną kuchnią, nie zaś zmurszałym archiwum. W niej naprędce upichcić można i neologizm, i archaizm, i na tym polega języka maestria. Szkopuł w tym, że niektórzy puryści, niczym harde puchacze, w chaszczach rzewne, wciąż czyhają na nieczęste, ale i na nienajrzadsze uchybienia.
Wyimaginujmy sobie niebanalną sytuację, w której, sunąc wzdłuż Alei Róż, Ursynowianin, Gdańszczanin oraz rezolutna Podkarpacianka handryczą się o to, która z tożsamości zasługuje na wielką literę. Pierwszy z drugim, nie dość, że nad wyraz krewcy, to jeszcze zaryglowawszy się w tradycji, odrzucili novum. Ona zaś, mimo że arcy-Polka, peroruje wszem wobec, że w tym językowym nibytyglu, w którym rzeżucha sąsiaduje z chyżym hożym hultajem, każde nienajlepsze przeczucie powinno ustąpić miejsca – a jakże – empatii.
Nawet gdyby trzódka wpółżywych rutyniarzy i ortoterrorystów chyboczących się w tę i we w tę próbowała wmówić nam, że superoferta na bezbłędność wygasła wraz z ostatnią, przedprzedwczorajszą niemal reformą, nie dajmy się zwieść tym hufcom wisusów. Po stokroć ważniejsze jest to, by w gąszczu liter, ogonków i nowo-, a może i staromodnych wyrazowych końcówek, wzajemnie się usłyszeć.
Komentarze