Wyjeżdżał do pracy, gdy zobaczył czarny dym
Sobota, godzina 6.10. Dla Bartłomieja Wilczewskiego, ratownika medycznego Podkarpackiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Mielcu, na co dzień pracującego w podstacji w Stalowej Woli, miał to być zwyczajny początek kolejnego dyżuru.
Kiedy wyjeżdżał z domu przy ulicy Cyprysowej na osiedlu Piaski, jego uwagę zwrócił gęsty, czarny dym unoszący się nad sąsiednią posesją.
Od razu pomyślał o mieszkającym tam starszym małżeństwie.
– Wiedziałem, że o tej porze jeszcze śpią – wspomina.
Nie analizował sytuacji. Nie czekał ani chwili. Ruszył na pomoc.
Wyważył furtkę i zaczął dobijać się do okien
Ratownik wyważył furtkę prowadzącą na posesję i wbiegł na podwórko. Dom był już zadymiony.
Pukał do okien, dobijał się do drzwi, wołał mieszkańców. Wiedział, że liczy się każda sekunda.
W niewielkim drewnianym domu mieszka starsze, schorowane małżeństwo. Ludzie skromni, pracowici, od lat związani z tym miejscem. Żyli spokojnie, utrzymując się z niewielkiego przydomowego gospodarstwa. W ogródku uprawiali warzywa i kukurydzę, hodowali także gołębie. Ich życie toczyło się wokół domu, ogrodu i codziennych obowiązków.
Po chwili do okna podeszła kobieta. Zaspana, zdezorientowana, jeszcze nieświadoma śmiertelnego zagrożenia. Za nią pojawił się jej mąż.
Bartłomiej Wilczewski pomógł im wydostać się przez okno i jak najszybciej oddalić od budynku.
Kilka metrów dalej usłyszeli wybuch
To były dosłownie chwile.
– Gdy tylko oddaliliśmy się kilka metrów od domu, usłyszeliśmy potężny wybuch. Chwilę później budynek stanął w płomieniach – relacjonuje ratownik.
Widok był przerażający. Ogień błyskawicznie objął drewnianą konstrukcję.
Dopiero wtedy wszyscy zdali sobie sprawę, jak niewiele brakowało do tragedii.
– Gdyby zostali w środku jeszcze kilka minut, nie mieliby żadnych szans – mówi.
Ratownik natychmiast wezwał straż pożarną i pogotowie ratunkowe.
Ocalili życie, ale stracili wszystko
Najważniejsze, że starszemu małżeństwu nic poważnego się nie stało. Nie wymagali hospitalizacji.
Cena za ocalenie życia okazała się jednak ogromna.
W ogniu spłonął ich dom i cały dobytek. Zostały tam dokumenty, ubrania, sprzęty codziennego użytku, oszczędności oraz pamiątki gromadzone przez całe życie.
Dziś po wielu latach pracy i wyrzeczeń muszą mierzyć się z dramatem utraty niemal wszystkiego, co mieli.
Uciekli tak, jak stali – wyrwani ze snu, bez czasu na zabranie czegokolwiek.
Kilka minut, które uratowały dwa życia
Trudno nie odnieść wrażenia, że tego poranka o wszystkim zdecydowały minuty. Gdyby Bartłomiej Wilczewski wyjechał do pracy chwilę później lub nie zwrócił uwagi na dym wydobywający się z budynku, historia mogłaby zakończyć się zupełnie inaczej.
Dzięki jego błyskawicznej reakcji starsze małżeństwo zdążyło opuścić dom przed wybuchem i pożarem. Ocalili życie, choć stracili wszystko, co przez lata zgromadzili pod swoim dachem.
To historia o tragedii, która mogła pochłonąć dwa ludzkie życia, ale także o człowieku, który w decydującym momencie nie przeszedł obojętnie. Dzięki jego odwadze i natychmiastowej reakcji starsze małżeństwo dostało szansę, by zacząć wszystko od nowa.
Komentarze