Swą przygodę z czołgowymi armatami HSW zaczęła w 1952 r. od produkcji 85-mm armaty wz. 44 (S-6 w terminologii zakładowej), przeznaczonej do czołgu T-34-85. Wytwarzała ją przez 8 lat (powstało blisko 1400 sztuk). Z kolei w 1957 r. w Stalowej Woli rozpoczęto produkcję 100-mm armaty, model D1-TG (S-8) do czołgów T-54 i T-55. To właśnie te pierwsze maszyny (T-34-85) używane były przez ekipę kręcącą ów bardzo popularny, choć zakłamany historycznie serial.
Czołgi z tej rodziny dostarczano nie tylko polskiej armii i państwom Układu Warszawskiego, ale eksportowano także do mających socjalistyczne ciągotki krajów Bliskiego Wschodu: Iranu, Iraku, Egiptu, Jemenu, Libanu, Syrii, a także dalej, do Afganistanu. Polskie czołgi cieszyły się tam bardzo dobrą opinią i ceniono je nawet wyżej od czołgów tego samego typu produkowanych w ZSRR.
Zakończenie seryjnej produkcji 100-mm armat do czołgów nastąpiło w HSW w 1986 r., po blisko 30 latach od jej uruchomienia. Ale ostatnie sztuki tych armat opuściły Hutę dopiero na początku lat. 90.
Z drugiej strony, pancerza można powiedzieć, HSW produkowała też armaty przeciwczołgowe, przeznaczone do niszczenia czołgów. Były to 85-mm armaty (S-7) holowane na dwukołowym podwoziu i o zasięgu 14 km (ich pierwowzorem była słynna armata kal. 76 mm z czasów II wojny światowej). Produkcję armat przeciwczołgowych rozpoczęto w Hucie w 1955 r., a w najlepszych czasach miesięcznie montowano 70 sztuk tej broni.
Z jej produkcją wiąże się też taka osobliwa historia. Otóż w 1963 r. dokonano modernizacji tej armaty – otrzymała urządzenia noktowizyjne, umożliwiające użycie jej nocą.
Tak się złożyło, że pierwsze noktowizory montowano w nich w święta Bożego Narodzenia, a przez trzy dni wyposażono w nie 150 armat. By więc jakoś umilić pracownikom ten trud w tak wyjątkowym czasie (nie wracali do domów przez trzy dni), to oprócz picia i jedzenia, mieli też dostarczane... mocniejsze napitki. Oczywiście w ograniczonych ilościach. Wszystkie noktowizory zamontowano więc jak trzeba i na czas.
Komentarze