Ta niezwykła i krwawa historia, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, sensacyjnych wątków i nietuzinkowych bohaterów wydarzyła się w przedwojennym Tarnobrzegu. A jej przebieg z zapartym tchem śledziła cała ówczesna Polska.
Był chłodny, niedzielny wieczór 4 listopada 1934 roku. Niemal cała śmietanka towarzyska Tarnobrzega zebrała się w sali widowiskowej miejscowego „Sokoła.” Koncertowała tam słynna orkiestra 3 Pułku Piechoty Legionów, której gwiazdą był Michał Zieliński, autor przeboju „Serce w plecaku.” Wszyscy doskonale się bawili słuchając patriotycznych pieśni. Ale wśród publiczności była osoba, która miała dziwne, niepokojące przeczucie, które wkrótce się potwierdziło tragicznymi wydarzeniami.
Michał Winiarz, starszy posterunkowy służby śledczej, choćby z racji charakteru pracy, miał zmysły wyczulone na nawet drobne nietypowe sygnały dochodzące z otoczenia. Dlatego niepokoił się, że na koncercie wojskowej orkiestry nie pojawił się jego przyjaciel sędzia Stanisław Krzos, który wcześniej zapowiadał swoją obecność. A był to naczelnik Sądu Grodzkiego w Tarnobrzegu, człowiek solidny i lubiany przez wszystkich, który słowa zwykł dotrzymywać. Gdy w połowie koncertu posterunkowy zobaczył przedzierającego się w jego stronę przez rzędy publiczności Alfreda Dukieta, sekretarza sądu, od razu zrozumiał, że stało się coś złego. Jednak to co usłyszał z ust szepczącego mu do ucha mężczyzny sprawiło, że podłoga zakołysała mu się pod stopami.
Zwłoki w piwnicy
Sędzia Stanisław Krzos naczelnik Sądu Grodzkiego w Tarnobrzegu był człowiekiem powszechnie szanowanym i lubianym przez tarnobrzeżan. Mieszkał przy ul. Sandomierskiej, w pobliżu gmachu sądu. Choć sędzia nie miał żadnej służby, posesji strzegł ogromny pies, który „nikogo obcego nie przepuszczał przez bramkę.” A wiedzieć należy, że Krzos miał swoje ustalone zwyczaje. Należała do nich codzienna wieczorna wizyta w piwnicy, by pozamykać na noc pomieszczenia i okiennice domu. Tego niedzielnego wieczoru, jak zawsze około godziny 19.30, sędzia zabrał latarnię i szedł na dół po schodach. Ponieważ przez dłuższy czas nie wracał, żona wysłała jedną z córek, by sprawdziła co zatrzymało ojca w podziemiach domu. Dziewczyna usłyszała dziwne hałasy i przestraszona przybiegła do matki. Przerażona krzyczała, że „złodzieje są w piwnicy i tatuś z nimi!”
Zaniepokojona kobieta bała się zejść do na dół, więc natychmiast wysłała córkę po pomoc do strażnika więzienia Kuropatwińskiego.
Rozmowie roztrzęsionej dziewczyny ze strażnikiem przysłuchiwał się sekretarz więzienny Alfred Dukiel. Urzędnik nakazał Kuropatwińskiemu zostać z Krzosówną, a sam pobiegł do budynku „Sokoła.” Wiedział, że tam znajdzie pomoc znajomych policjantów. Z trwającego koncertu wywołał posterunkowego Michała Winiarza. Obaj mężczyźni uzbrojeni w karabin i rewolwery pobiegli do domu sędziego. „Nie mogli jednak wejść do wnętrza domu, gdyż rozwścieczony pies zatrzymał ich u furtki. Dopiero po zjawieniu się żony Krzosa i uspokojeniu psa weszli do wnętrza”.
Zdenerwowana pani Krzos wyjaśniła przybyłym, że mąż przed pół godziny szedł do piwnicy i nie wraca, a z pomieszczeń na dole dobiegają dziwne hałasy. Jak podaje reporter krakowskiego Nowego Dziennika: „Dukiel zeszedł na dół do piwnicy i tam znalazł już martwe zwłoki śp. Krzosa. Ciało przedstawiało straszny widok. Rzucone tuż u wejścia do drugiej piwnicy, leżało z rozpoztartemi ramionami w wielkiej kałuży krwi. W świetle trzymanej latarki zauważył dwie szerokie otwarte rany na szyi. Lewa część twarzy była rozpłatana aż do ucha.”

Ta ponura zbrodnia wstrząsnęła przedwojennym Tarnobrzegiem
Aresztowanie żony i domniemanego kochanka
Wezwano prokuratora i śledczego policyjnego. Ruszyło dochodzenie. „Morderstwo wywołało olbrzymie wrażenie w całej okolicy, tem bardziej, że powody okryte są tajemnicą i ze względu na osobę zamordowanego, który był bardzo znany w najszerszych kołach miejscowego społeczeństwa. Na miejscu zbrodni gromadzą się olbrzymie tłumy” – donosił na gorąco łódzki dziennik Echo. W piwnicy policja znalazła worek z wyciętymi otworami i zakrwawioną siekierę. Sprowadzono psa tropiącego. Ten jednak nie podjął tropu poza ogrodzeniem, kręcąc się na terenie posesji. To zastanowiło śledczego. Dodał do tego faktu okoliczność, że przecież pies sędziego nie wpuściłby nikogo obcego, a w dodatku zabójca musiał znać zwyczaje Krzosa skoro zaczaił się w piwnicy.
Detektyw uznał, że morderstwa musiał dokonać ktoś z domowników. Ale kto? Jak donosi ówczesna prasa „policja na polecenie sędziego Szarbińskiego aresztowała kilka osób, których nazwisk nie możemy podać ze względu na dobro śledztwa.” Sprawa budziła jednak zbyt duże emocje, by prasa długo utrzymywała tożsamość aresztowanych w tajemnicy. Już na drugi dzień gazety obiegła informacja: „sensację wywołuje fakt, iż na zarządzenie sędziego śledczego aresztowano żonę śp. Krzosa, kobietę około 50-letnią oraz studenta uniwersytetu, 20-letniego Frankiewicza, podejrzanego o utrzymywanie zażyłych stosunków z Krzosową.” I chociaż na ubraniu Frankiewicza znaleziono ślady krwi, ten trop okazał się fałszywy.
Włóczęga nad Wisłą
Żonie Krzosa i jej domniemanemu kochankowi tylko „szczęśliwy przypadek przyszedł w ostatniej chwili z pomocą i ocalił ich od katuszy moralnych któreby musieli znieść w słusznem przeświadczeniu o swej niewinności.”
Otóż chłopi spod tarnobrzeskiego Chmielowa zauważyli nad Wisłą jakiegoś podejrzanego osobnika. Sądzili, że to jakiś włóczęga, a gdy chcieli mu się bliżej przyjrzeć, człek ów „skrył się w krzakach nad brzegiem i chłopi nie mogli go znaleźć. Okazało się później, że włóczęga ten w panicznym strachu wszedł do jednej z przybrzeżnych sadzawek, utworzonych w tem miejscu po rozlewisku Wisły i tam zanurzony po szyję przesiedział 12 godzin. Z zapadającym wieczorem zziębnięty wyszedł z kryjówki i udał się do jednej z okolicznych chat, prosząc gospodynię o nocleg.” W okolicy ostatnio zdarzały się napady, a obdarty i mokry człowiek pukający po zmroku do drzwi nie budził szczególnie zaufania, kobieta odmówiła jego prośbie. Włóczęga więc bez wiedzy domowników cichcem wdrapał się na stryszek chlewu i tam przenocował.
Wczesnym rankiem gospodyni zajmująca się zwierzętami zauważyła śpiącego w chlewie mężczyznę. Sprawa zabójstwa sędziego była już bardzo głośna w okolicy, więc gospodyni przypuszczając, że to może być ukrywający się morderca zawiadomiła policję. Nie pomyliła się. Przy zatrzymanym mundurowi znaleźli 52 zł w bilonie dwuzłotowym. A właśnie w takich monetach urzędnicy sądowi dostawali wypłatę. Komendant posterunku bez żadnych wstępów zaskoczył zatrzymanego pytaniem, gdzie ukrył resztę zrabowanych zamordowanemu naczelnikowi rzeczy. Oszołomiony włóczęga od razu przyznał się do morderstwa i wyznał, że portfel ukrył w dziupli drzewa, papierośnicę w ziemniakach na dworskim polu a latarkę wyrzucił do wody. O tym sensacyjnym i niespodziewanym zwrocie w śledztwie natychmiast dano znać do Tarnobrzega.
Zabił swojego dobroczyńcę
W tej sytuacji sędzia śledczy zwolnił z aresztu żonę Krzosa i jej domniemanego kochanka studenta Frankiewicza.
Zatrzymanym pod Chmielowem włóczęgą okazał się 28-letni Gabriel Czechura z Woli Baranowskiej. Czechura był dobrze znany policji. Już kilkukrotnie był zatrzymywany za kradzieże. Ostatni wyrok skazujący go na 8 miesięcy odsiadki usłyszał przed Sądem Grodzkim w Tarnobrzegu. Kary nie odsiedział w całości, bo przedterminowo wypuścił go sędzia… Stanisław Krzos. Śledczy ustalili, że naczelnik sądu zatrudniał więźnia do prac przy swoim gospodarstwie. Podczas śledztwa Czechura zeznał: „u śp. Krzosa przebywałem codziennie od godz. 8 rano do 9 wieczorem, jadałem tam, a wieczorem wracałem do więzienia. Krzos był dla mnie bardzo dobry. Dawał mi codziennie pieniądze na papierosy.”
Po wyjściu z więzienia Czechura nie miał pieniędzy. W pobliskich wsiach nikt go nie chciał zatrudnić, bo ciążyła na nim niesława złodzieja. W niedzielę 4 listopada wrócił do Tarnobrzega i jak informuje katowicki Nowy Czas - „licząc, że po pierwszym Krzos będzie w posiadaniu większej gotówki po otrzymaniu pensji i znając, że zazwyczaj wieczorem schodził do piwnicy wślizgnął się tam i przed wieczorem. Udało mu się to mimo obecności złośliwego psa gdyż ten był do niego przyzwyczajony. Przyświecając sobie zapalonym od krzesiwa papierosem znalazł siekierę i worek. Wyciął siekierą w worku otwory na głowę i ręce, ubrał go, aby się zagrzać. Około godz. 19.30 zauważył schodzącego Krzosa, który przyświecał sobie latarką i szukał czegoś po ziemi. Gdy zbliżył się do kąta, w którym on był ukryty, uderzył naczelnika sądu siekierą w głowę. Krzos usiadł na ziemi i zaczął strasznie jęczeć, i obawiając się, aby jęki te nie zaalarmowały kogoś uderzył go jeszcze dwa razy siekierą. Latarka upadła na ziemię, podniósł ją i przy jej świetle przeszukał kieszenie ubrania śp. Krzosa. Zabrał papierośnicę, z tylnej kieszeni portfel, zrzucił worek i zbiegł okienkiem. Obawiając się pościgu, poszedł w kierunku pobliskiej Wisły, gdzie obmył ślady krwi, wyjął z portfelu pieniądze.”
Nieoczekiwany zwrot sprawy
Aresztowanemu postawiono zarzut zabójstwa. Proces Czechury toczył się przed rzeszowskim sądem. Przysięgli nie mieli wątpliwości i orzekli o winie mężczyzny. Sąd skazał mordercę na karę śmierci przez powieszenie. Jednak zbrodniarz zwrócił się do Prezydenta Rzeczpospolitej z prośbą o ułaskawienie. Prezydent odrzucił prośbę skazanego. Gdy tylko akta sprawy powróciły z Warszawy wyznaczono datę egzekucji. Ta miała się odbyć 5 kwietnia 1935 roku, o godzinie 5.00 rano. Miała, bo i tym razem sprawy przybrały nieoczekiwany obrót.
Dzień przed egzekucją do celi Czechury wszedł prokurator. Poinformował skazanego o odmownej decyzji Prezydenta i o mającym nastąpić nazajutrz wykonaniu wyroku. Morderca przyjął ponure wiadomości ze spokojem. Poprosił jedynie o alkohol i po wypiciu szklanki piwa zasnął spokojnie na pryczy. O 4 rano następnego dnia skazanego obudził kapelan więzienny, przed którym Czechura wyspowiadał się, a ksiądz udzielił mu ostatniego namaszczenia. Do celi weszli więzienni strażnicy. W momencie, kiedy chcieli mu założyć na ręce więzy, a na oczy opaskę, Czechura zaczął drżeć na całym ciele. Z trudem odprowadzono skazańca pod szubienicę. Gdy zbliżył się do niego kat, Czechura zemdlał. Kat próbował ocucić nieprzytomnego, ale ten leżał bez świadomości. W tej sytuacji kat poinformował prokuratora, że nie może wykonać wyroku. Prokurator skonsultował się ze swoim szefem i podjęto decyzję o odłożeniu wykonania wyroku na czas nieokreślony. Kat odjechał do Warszawy, a Czechura wrócił do celi. Z niespodziewanego obrotu spraw skorzystał obrońca mordercy. Ponownie wniósł do Prezydenta Rzeczpospolitej prośbę o ułaskawienie motywując ją tym, że skazaniec „już raz przeszedł dreszcze przedśmiertelne.”
Prezydent Ignacy Mościcki tym razem przychylił się do wniosku i zamienił Czechurze wyrok śmierci na dożywotnie więzienie. Morderca dzięki temu niezwykłemu zbiegowi okoliczności uniknął stryczka i trafił do więzienia na Świętym Krzyżu. Na pewno za kratkami przebywał do wybuchu wojny. Jakie były później losy zabójcy naczelnika sądu, nie wiemy. Być może już na zawsze okryła je mgła wojny.
Autor: Bartłomiej Pucko
Komentarze