W czasie okupacji na terenie ówczesnej Stalowej Woli doszło do dwóch zbiorowych egzekucji. Niemcy dokonali ich w listopadzie i grudniu 1943 roku. Nazwiska rozstrzelanych siedmiu ludzi w listopadzie nie są znane, ekshumowano ich i pogrzebano na cmentarzu w Stalowej Woli, w sąsiedztwie mauzoleum. Natomiast dziesięciu członków Korpusu Zachodniego rozstrzelanych 12 grudnia 1943 roku, po ekshumacji umieszczono w podziemiach Mauzoleum. To tytułem wstępu.
Obóz w Hucie
W połowie listopada 1942 roku na terenie Zakładów Południowych, wtedy Stahlwerke Braunschweig Werk Stalowa Wola, Niemcy utworzyli obóz pracy dla Żydów. Zlikwidowano obóz Żydów na Młodyniu pod Rozwadowem, większą część więźniów żydowskich z Młodynia przeniesiono do pracy w stalowowolskiej fabryce, a resztę, która według Niemców nie nadawała się do pracy, zlikwidowano w egzekucji zbiorowej w lesie w rejonie Rozwadowa. Liczba rozstrzelanych nie została ostatecznie ustalona, ocalali żydowscy więźniowie mówią o 115, 117 i 170 ofiarach. Sprawa dziś nie do ustalenia, zresztą miejsce egzekucji również nie zostało dokładnie określone, mówi się o lesie w okolicy Rozwadowa.
Niewątpliwie warunki w obozie na terenie fabryki w Stalowej Woli były lepsze niż w rozwadowskim obozie. Nieco lepsze wyżywienie, dostęp do wody, czego brakowało w Rozwadowie, ponadto skończyły się niczym nieuzasadnione zabijanie więźniów i bezsensowne szykany stosowane przez straż obozową, zarówno niemiecką jak i ukraińską. Ale w obozie wciąż więźniowie cierpieli głód, a do tego byli zmuszani do ciężkiej pracy fizycznej, zwykle trwającej dwanaście godzin. Z powodu wyjątkowo trudnych warunków, niedożywienia i ciężkiej pracy więźniowie umierali, zwłaszcza ci, którzy nie mieli pomocy z zewnątrz. Jednak stalowowolski obóz był, jak mówił jeden z ocalałych więźniów, czyśćcem w porównaniu z piekłem na Młodyniu. W tym rozwadowskim obozie w ciągu trzech miesięcy straciło życie znacznie więcej niż pół tysiąca Żydów. W stalowowolskim obozie z powodu ciężkich warunków i chorób zmarło 24 więźniów, czterech rozstrzelano, ale z tym obozem związana jest jedna masowa egzekucja. Stalowowolski obóz znalazł się pod nadzorem Werkschutzu, czyli straży zakładowej złożonej w większości z Ukraińców. Dowodził nią Klemens Morick, upatrujący wrogów zarówno wśród polskich pracowników, jak i Żydów. Wyróżniał się brutalnością w stosunku do jednych i drugich, ale jednak nie zabijał Żydów, jak to czynił komendant rozwadowskiego obozu Schwammberger. Był znienawidzony zwłaszcza przez polskich robotników.
Były więzień obozu, literat Henryk Vogler, po latach wspomina o egzekucji i jak do niej doszło. Jego zdaniem, komendant obozu rozwadowskiego Josef Schwammberger sporządził listę 60 więźniów, którzy chcieli dostać się na leczenie do szpitala. I tymi więźniami zainteresowało się gestapo po kilku miesiącach i doprowadziło do zbiorowej egzekucji. Tak Vogler napisał w swojej wspomnieniowej książce „Autoportret z pamięci” napisanej w latach 70. zeszłego wieku. Pamięć jednak okazuje się zawodna. Więzień rozwadowskiego i stalowowolskiego obozu Julian Flajszer zaraz po wojnie relacjonując funkcjonowanie obozu wskazał, podobnie jak inni więźniowie, innego autora listy 60 więźniów nienadających się do pracy w hucie. Był nim więzień Goldstein, żydowski komendant obozu. Flajszer tak wspominał: Goldstein przekazał z obozu 60 osób fizycznie nadwerężonych i sprowadzanie na ich miejsce Żydów silniejszych z innego getta (…) Miejscowe gestapo chętnie zaakceptowało Goldsteinowską propozycję i zjawiło się po upływie mniej więcej 6 tygodni do obozu celem zabrania Żydów ujętych wspomnianą rejestracją.
Polowanie na żydów
5 marca 1943 roku dla żydowskiego obozu w stalowowolskiej hucie nastał czas swoistego polowania. Polowania na 60 Żydów umieszczonych na specjalnej liście, Henryk Vogler zapamiętał tak to wydarzenie: W obozie w Stalowej Woli, zjawiła się komisja złożona z kilku oficerów SS. (…) Wiadomość o ważnej wizycie wywołała naturalny popłoch, mimo że zgłoszony natychmiast komunikat powinien był podziałać raczej uspokajająco. Oznajmiono bowiem, że komisja przybyła z listą owych zgłoszonych kiedyś sześćdziesięciu nazwisk, aby, choć z opóźnieniem, realizować inicjatywę. Umieszczonym na liście kazano natychmiast wstawić się z całym swoim dobytkiem na placu apelowym, skąd mieli zostać odtransportowani zgodnie z obietnicą.
Ale więźniowie, nauczeni doświadczeniem, nie wierzyli w zapewnienia o szpitalnym leczeniu. Ci, którzy jeszcze żyli i ich nazwiska znajdowały się na liście nie zamierzali zgłaszać się, słusznie podejrzewając, że zgłoszenie się, oznacza rozstanie się życiem. Vogler wspomina: Ci próbowali się kryć w najrozmaitszych zakątkach obozu, lecz wyłapano ich. Jeden tylko pozostał niezauważony, zanurzył się bowiem po szyję w kloacznym dole latryny i tak pozostał do odejścia transportu. W końcu zdołano zebrać na placu tylko czterdziestu kilku spośród znajdujących się na liście. Do stojących już na placu dołączono jeszcze kilkunastu wskazanych przez niemieckich oficerów. Vogler wspomina: Wezwano więc na plac pozostałych więźniów, aby z nich uzupełnić deficyt. Oficerowie w lśniących wysokich butach przechodzili sprężystym krokiem wzdłuż szeregów, zaglądając nam uważnie w oczy. Szukano choćby oznak choroby lub co najmniej wypatrywano co brudniejszych i bardziej zaniedbanych jako naturalnych kandydatów do uzupełnienia listy. Kilkakrotnie spotkałem się z utkwionym we mnie wzrokiem, wyrażającym za każdym razem wahanie i namysł. Lecz ostatecznie wybór padł na stojącym obok towarzyszu. Był nim Jakub Pfefferberg, artysta malarza z Krakowa.(…)
Julian Flajszer opisał akcję wyłapywania więźniów z listy tak: Ludzie ci świadomi celu tej zbiórki, której dokonywano przy pomocy kilkunastu uzbrojonych bandytów hitlerowsko-ukraińskich, poczęli na oślep ukrywać się w obłędzie towarzyszącym przeczuciu stracenia, pod łóżka, do ustępów, a nawet do wnętrza sienników. Na cóż jednak to wszystko się zdało, gdy omawiany szpieg (mowa o Goldsteinie - przyp. DG) pod groźbą zniszczenia całego obozu zażądał od wszystkich obecnych, aby powyłapywali jak najszybciej poszukiwanych, co też miało pozytywne rezultaty. Cóż się jednak okazało; w okresie powyższych 6 tygodni zmarło z wycieńczenia około 25 osób, tak że na zbiórce owej stanąć mogło zaledwie 30 ludzi. Zdrajca Goldstein był przekonany, że sprawa ta nie będzie kwestionowana, skoro i tak już poginęli, wobec tego Gestapo przyjmie taką ilość jaka pozostała. Sprawa ta przedstawiała się jednak nieco inaczej, bowiem brakująca różnica musiała natychmiast zostać uzupełniona zdrowym elementem robotniczym, byleby lista straceńców odpowiadała ilości zebranych „delikwentów”. Łatwo można sobie wyobrazić jak wyglądała scena wyszukiwania spośród zebranych naprędce wszystkich uczestników obozu, brakujących do kontyngentu 25 ludzi, którzy na trzeźwo zdawali obie sprawę z tego, że najpóźniej za dwie godziny staną przed boskim majestatem. Ów komendant oraz 2 gestapowców zaczęło zaglądać w twarz każdemu z osobna i na wyrywki wyciągano zupełnie zdrowych ludzi dla uzupełnienia grupy kontyngentowej.(…)
Ostatecznie zebrano 56 więźniów i na tym „polowanie” zakończono. Julian Flajszer wspominał: Grupa straceńców poczęła rozpaczliwymi krzykami domagać się chleba, co już całkiem wpłynęło na przygnębienie pozostających, albowiem zakrawało to na całkowity zanik przytomności, zresztą może i „tam” chleb się przyda? Wszelkie próby podania chleba wołającym zostały z miejsca unicestwione, zbrojna postawa konwojentów ukraińskich, krzyki, lamenty i łkania nie wzruszyły kamiennych serc bestialskich morderców. Reszta więźniów została skierowana do pracy w zakładzie. Tego samego dnia od junaków z Baudienstu więźniowie dowiedzieli się, że owych 56 ludzi zostało rozstrzelanych. Grupa junaków pod niemieckim nadzorem pogrzebała ofiary egzekucji we wspólnym grobie.
Jak stwierdził Flajszer: na miejsce straconych nie przysłano do naszego obozu innych zdrowych potrzebnych Goldsteinowi dla podniesienia swej stopy życiowej(…)
Po wojnie Goldstein stanął przed polskim sądem w Krakowie i został ukarany długoletnim więzieniem.
Grób i ofiary
Gdzie odbyła się egzekucja owych 56 więźniów, gdzie pochowano ofiary? Tego dotychczas nie ustalono. W 1945 roku burmistrz Stalowej Woli w sprawozdaniu o przebiegu wojny, okupacji skutkach wojny informuje: „W okolicy cmentarza w Stalowej Woli są dwa groby masowe żydowskie, w jednym około 400, w drugim około 175 Żydów”. Informacja ta jest przesadzona i co najmniej nierzetelna. Przede wszystkim takich masowych egzekucji żydów z obozu rozwadowskiego i stalowowolskiego nie przeprowadzono, a przy poszerzaniu cmentarza w Stalowej Woli na groby masowe nigdy nie natrafiono. Wydaje się, że blisko prawdy jest relacja Mirosława Jaśkiewicza, który będą młodym chłopcem pracował w czasie okupacji jako goniec w Hucie i dobrze zapamiętał Żydów w Hucie. Mówił tak: …w lesie między zakładem mechanicznym a strzelnicą wojskową zostali zlikwidowani Żydzi z obozu Stalowa Wola, i mówiono, że miejsce gdzie Żydzi zostali pogrzebani zostało zalane wapnem….
Sprawa dwóch masowych grobów Żydów ofiar egzekucji z marca 1943 roku i początku grudnia 1942 roku (likwidacja ostatnich więźniów obozu rozwadowskiego) nie została jeszcze wyjaśniona.
Dionizy Garbacz
Komentarze